Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem, był Leo.
Jego drobne ciało było otoczone kablami i monitorami, które wydawały się zbyt duże dla siedmiolatka, a jego klatka piersiowa nieregularnie unosiła się i opadała pod maską tlenową.
Pielęgniarka regulowała wenflony, podczas gdy inny lekarz przeglądał wyniki badań na tablecie.
„Ciśnienie krwi stabilne, ale saturacja pozostaje niska” – powiedział ktoś u wezgłowia łóżka.
Czułem, jak serce mi zamiera, gdy powoli zbliżałem się do niego, a każdy krok obciążał mnie nieznośnym ciężarem niepewności.
„Leo” – wyszeptałem, ujmując jego małą dłoń.
Jego skóra była zimna.
Za zimna.
„Mama tu jest” – mruknąłem, nachylając się do jego ucha w desperackiej nadziei, że jakaś część jego świadomości mnie usłyszy.
Kardiograf nieprzerwanie piszczał, gdy badał jej bladą twarz, szukając jakichkolwiek oznak, że wciąż walczy o powrót do zdrowia.
Za mną Marcus mówił cicho, ale z naciskiem.
—Emma, w wynikach badań toksykologicznych jest coś jeszcze, co nie ma sensu.
Odwróciłam się powoli, serce waliło mi jak młotem.
—Co masz na myśli?
Marcus wziął głęboki oddech, zanim odpowiedział.
—Ta substancja we krwi… to nie jest coś, co łatwo się nabywa.
Dreszcz przeszedł mi po plecach.
—Skąd się to wzięło?