Trzy dni wcześniej klapa zatrzasnęła się z hukiem. Zadzwoniła do mnie mama. Jej głos ociekał tym specyficznym, wyćwiczonym tonem powierzchownego żalu, którego używają narcystyczni ludzie, gdy już całkowicie uwolnili się od poczucia winy. Dzwoniła, żeby poinformować mnie, że dojazd na mój ślub będzie dla nich po prostu „zbyt męczący”.
„Twojemu ojcu strasznie dokuczają plecy, kochanie” – mruknęła do słuchawki, a w tle cicho słychać było reality show. „I szczerze mówiąc, po całej tej wyczerpującej podróży do Kalifornii w zeszłym miesiącu jesteśmy kompletnie wyczerpani. Po prostu nie damy rady”.
Powiedziała to zupełnie niewzruszona astronomiczną hipokryzją własnej wypowiedzi.
Kostki zbielały mi, gdy ściskałam telefon. „Mamo” – wyszeptałam, walcząc z drżeniem głosu. „Z własnej woli przeleciałaś trzy tysiące mil przez kontynent na imprezę ogłaszającą płeć dzieci, które nawet nie zaczerpnęły pierwszego oddechu. Ale mówisz mi, że dwugodzinna podróż samochodem, żeby być świadkiem ślubu twojej najstarszej córki, to nie do pokonania fizyczny ciężar?”
Westchnęła ciężko, gwałtownie, by pokazać, jak bardzo jestem nierozsądna. „Proszę, nie bądź uciążliwa, Eleno. Nie psuj tego weekendu napadem złości”. Zrzuciła winę z chirurgiczną łatwością doświadczonego manipulatora. „Ciąża Khloe jest wysokiego ryzyka. Musieliśmy być przy niej, żeby ją wesprzeć. Ślub to tylko przyjęcie. Wyślemy piękny kryształowy wazon, ale naprawdę powinnaś…