Suchy, metaliczny trzask przeszył pokój. Ktoś zaśmiał się nerwowo. Ktoś inny odchrząknął.
Wyraz twarzy Ryana pociemniał. „Sophie… co to jest?”
„Nie żartuję” – powiedziałam spokojnie. „Tu stawiam granicę”.
Diane poczerwieniała. „Jak śmiesz? Upokarzasz nas!”
„Nie mnie” – odparłam. „Robisz to od pięciu lat”.
Potem to powiedziałam – wystarczająco cicho, żeby zachować kontrolę, wystarczająco jasno, żeby trafić w sedno.
„Przez pięć lat opłacałam twój dom, twoje zabiegi, twoje podróże – twój wizerunek. A ty przez cały ten czas przechwalasz się Ryanem, jakby był twoim żywicielem, a mnie traktujesz jak kogoś na boku”.
Po drugiej stronie stołu Marilyn nawet się nie uśmiechnęła. Po prostu patrzyła.
Ryan pochylił się do przodu, jego głos był napięty. „Porozmawiajmy o tym w domu”.
Kontynuuj czytanie na następnej stronie