W niedzielny poranek Derek spanikował i próbował ratować twarz, zamawiając zawyżony cenowo lunch cateringowy. Menu prawie odrzucono. Spalił ostatnie rezerwy, żeby podtrzymać iluzję.
Dokładnie o dwunastej zadzwonił dzwonek do drzwi. Elaine weszła, zauważyła i zrozumiała. Kiedy zobaczyła liczby, jej nastawienie się zmieniło. Zadała właściwe pytania. A potem, zanim jeszcze cokolwiek powiedziałem, prawda zapukała do drzwi.
Komiwojażer. Koperta z napisem „ostateczne zawiadomienie o zaległości i zamiarze wszczęcia postępowania”.
Pożyczka nie była nowa. Miała prawie dwa lata. Prawie sto tysięcy dolarów. Zawarli umowę ze mną jako poręczycielem.
Był na niej mój podpis. Nieudolnie podrobiony. Rażąco sfałszowany.
Pomieszczenie zamarło. Wtedy Elaine krzyknęła. Krzyk wściekłości, wstydu, wystarczająco głośny, by zaalarmować sąsiedztwo. Derek przyznał się. „Pożyczył” moje nazwisko. Zainwestował pieniądze. Stracił wszystko. Nie popełnił błędu. Dopuścił się oszustwa.