Na podglądzie wiadomości widniało tylko kilka słów.
Ihor, krwawię. Proszę…
Adam zamarł.
Przez sekundę walczyła w nim przyzwoitość z instynktem. Potem przyzwoitość przegrała z nagłością sytuacji. Odblokował ekran służbowym kodem awaryjnym, który znał tylko zarząd i dział bezpieczeństwa.
Przeczytał trzy ostatnie SMS-y.
Wystarczyły.
Natychmiast wybrał numer Ihora z telefonu prywatnego.
Abonent niedostępny.
Drugi raz.
Nic.
Zacisnął szczękę, wszedł do firmowego systemu kontaktów awaryjnych i znalazł adres zamieszkania pracownika.
Dziesięć minut później pędził przez puste miasto tak szybko, że na trzecim skrzyżowaniu przejechał na późnym żółtym, czego nie robił od lat.
Kamienica była stara, niska, z zapadniętą bramą i lampą nad wejściem, która mrugała nieustannie jak chore oko. Adam wbiegł na