Darek wyszedł po godzinie. Tulipany zostały na stole. Patrzyłam na nie i myślałam o Władku. O tym, ile razy mówił "nic mi nie jest", a ja nie dopytywałam, bo tak było wygodniej. Bo tak nas nauczono - mężczyzna daje radę, kobieta nie pyta.
Zadzwoniłam do Magdy następnego dnia. Nie powiedziałam o wizycie Darka. Zapytałam tylko, ostrożnie, jak zwierzę wchodzące na cienki lód:
- Córeczko, a czy Darek ostatnio nie wyglądał na... przygnębionego?
Cisza. Długa, ciężka cisza. A potem Magda powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:
- Mamo, on zawsze wygląda na przygnębionego. Od dwóch lat. Myślałam, że to przeze mnie.
I znowu płakała. Ale inaczej niż tydzień temu. Tamten płacz był z wściekłości. Ten - z czegoś głębszego. Ze strachu, może. Albo ze wstydu.
Nie powiedziałam jej wtedy o wizycie Darka. Nie byłam gotowa. Ale powiedziałam coś innego.
- Magda, wiesz, że tatuś trzy miesiące chodził z bólem w klatce i mi nie powiedział?
Znowu cisza.
- Nie wiedziałam, mamo.
- Bo ja nie pytałam.
Następnego dnia Magda zadzwoniła wieczorem. Krótko, rzeczowo.
- Mamo, porozmawiałam z Darkiem. Długo. On... on mi powiedział o tej terapii. - Przerwa. - Poszłam z nim dzisiaj na jedną sesję. Razem.
Nie zapytałam, co tam usłyszeli. To nie moja sprawa. Wystarczyło mi to jedno zdanie - "razem". Usiadłam w fotelu Władka, tym wysiedzianym, z przetartym prawym podłokietnikiem, i po raz pierwszy od dwóch lat poczułam, że Władek gdzieś tu jest. I że może nareszcie mogę zrobić coś, czego nie zdążyłam zrobić dla niego.
Tulipany na stole już trochę opadły, ale jeszcze trzymały się prosto. Pomyślałam, że z ludźmi jest podobnie.