W głównej kabinie czekało 242 pasażerów, przepełnionych strachem, nieświadomych, jak blisko katastrofy był już samolot.
Wiadomość rozeszła się szybko po tym, jak Marcus zniknął w kokpicie. Niektórzy pasażerowie modlili się w milczeniu w językach z całego świata. Inni ściskali podłokietniki, wpatrując się w przestrzeń, podczas gdy ich umysły walczyły o przetrwanie. Jeszcze inni udawali, że wszystko jest w porządku, przerzucając strony filmów, których nie oglądali.
Dr Alicia Monroe spokojnie poruszała się między fotelami, oferując tyle pocieszenia, ile mogła. Nie miała żadnej władzy, żadnej oficjalnej roli, ale rozumiała, że uspokajająca obecność może zapobiec wybuchowi paniki.
Jeden mężczyzna w pierwszej klasie nie chciał o tym słyszeć.
Nazywał się Carter Whitfield. Spędził większość lotu, popijając bourbon i ubolewając nad upadkiem nowoczesnych podróży lotniczych. Teraz jego irytacja przeradzała się w coś mroczniejszego.
„To niewiarygodne” – powiedział na głos. „Wpuścili jakiegoś przypadkowego faceta do kokpitu. Zwykłego faceta z ulicy”.
Jennifer podeszła do niego, wyjaśniając, że tożsamość pasażera została zweryfikowana: był byłym pilotem wojskowym.
„Zweryfikowana przez kogo?” warknął Carter. „Przez innego pasażera?” Zaśmiał się. „Latam pierwszą klasą od trzydziestu lat. Wiem, jak działają te linie lotnicze. Powiedzą wszystko, żeby uciszyć ludzi, gdy samolot spada”.
Dr Monroe zrobił krok naprzód. „Człowiek w kokpicie doskonale wie, co robi. Widziałem, jak wyjaśniał załodze awarię. Znał systemy, o których istnieniu nikt z nas nawet nie podejrzewał”.
Carter zadrwił. „Obserwowałaś go? Proszę pani, obserwowanie to nie to samo, co wiedza. Z tego, co wie, mógł się tego nauczyć na YouTube”.
„Służył w Siłach Powietrznych. Latał w misjach bojowych”.
„Tak mówi”. Głos Cartera się podniósł. „I uwierzyłeś mu? Czarnoskóry mężczyzna w klasie ekonomicznej podający się za pilota myśliwca? Daj spokój. Rusz głową.”
Te słowa uderzyły w kabinę niczym policzek.
Zapadła cisza. Oskarżenie zawisło w powietrzu: surowe, brutalne, niezaprzeczalne. Nie pytanie. Stwierdzenie o uprzedzeniach.
Wyraz twarzy dr Monroe stwardniał. „Kolor twojej skóry nie ma nic wspólnego z twoimi kwalifikacjami”.
Przez częściowo uchylone drzwi kokpitu, przez wciąż aktywny interkom, Marcus słyszał każde słowo.
Jego ręce nie drżały. Jego koncentracja nie słabła.
Dawno temu nauczył się, że opinie ludzi takich jak Carter Whitfield nie mają znaczenia. Liczył się tylko samolot, pasażerowie i święty obowiązek bezpiecznego powrotu na Ziemię.
Ale gdzieś głęboko w nim coś stwardniało.
„Ryan” – powiedział cicho Marcus. „Mamy nowy problem”.
Ryan podniósł wzrok. „Co?”
„Ciśnienie hydrauliczne spada. Powoli, ale systematycznie. Gdzieś w układzie tracimy płyn”.
Ryan sprawdził wyświetlacz. „Zbiorniki rezerwowe powinny wystarczyć na co najmniej kolejne trzy godziny”.
„W normalnych warunkach pracy” – powiedział Marcus. „Ale układ rezerwowy jest mniej wydajny. Bardziej obciąża układ hydrauliczny”.
Marcus wykonał kilka obliczeń w pamięci. „W tym tempie spadniemy poniżej minimalnego ciśnienia za jakieś dziewięćdziesiąt minut. Może nawet szybciej”.
Ryan przełknął ślinę. „To za mało czasu, żeby dotrzeć do Keflaviku”.
„Nie” – powiedział Marcus. „Nie”.
W kabinie Jennifer w końcu odprowadziła Cartera na jego miejsce. Doktor Monroe stała w korytarzu, zaciskając pięści i ledwo powstrzymując gniew.
Interkom zatrzeszczał.
Głos Ryana był spokojny, ale napięty. Lot miał zostać przekierowany na międzynarodowe lotnisko Kelvik na Islandii. Lądowanie zaplanowano za około godzinę. Pasażerom polecono pozostać na miejscach z zapiętymi pasami. Sytuacja była pod kontrolą.
Dr Monroe wyczuł ukryte drżenie w jego słowach. To staranne pominięcie.
Sytuacja nie była pod kontrolą.
W kokpicie Marcus podjął decyzję.
„Ryan” – powiedział. „Muszę przejąć stery”.
Ryan spojrzał na niego zaskoczony, a potem z ulgą. „Chcesz lecieć?”
„Muszę lecieć. Spadek ciśnienia hydraulicznego sprawi, że stery będą cięższe i mniej czułe. Nigdy nie latałeś w takich warunkach”.
Marcus spojrzał mu w oczy. „Tak, leciałem”.
Ryan zawahał się. Wszystkie przepisy mówiły, że to nieprawda. Pasażer nie leciał samolotem komercyjnym.
Ale czuł, jak stery robią się coraz cięższe. Widział, jak igła ciśnienia hydraulicznego niebezpiecznie zbliża się do czerwieni.
Pomyślał o żonie, w ciąży z pierwszym dzieckiem, czekającej na niego w Londynie. Pomyślał o 242 pasażerach za sobą.
„W porządku” – powiedział w końcu Ryan. „Samolot jest do waszej dyspozycji”.
Marcus zajął swoje miejsce.