Następnego ranka poprosiłem o pilne spotkanie z kierownikiem mojego oddziału, panem Moralesem, sumiennym człowiekiem, który od lat zarządzał moimi rachunkami. Po wejściu do biura dyskretnie zamknął drzwi i zaproponował mi miejsce. Rozmawiałem szczerze. Wyjaśniłem, że chcę wycofać gwarancję kredytu firmowego dla Javiera Romero, mojego zięcia. Zmarszczył brwi i otworzył plik na swoim komputerze.
„Pani Carmen, wie pani, że ten kredyt został udzielony głównie dzięki pani gwarancji” – powiedział ostrożnie. „Bez pani gwarancji bank będzie musiał ponownie ocenić zdolność kredytową pani zięcia”.
„Jestem tego w pełni świadomy” – odpowiedziałem. „Nie chcę już podejmować takiego ryzyka”.
Zapoznaliśmy się z warunkami umowy. Zgodnie z prawem mogłem wycofać gwarancję, jeśli formalnie poinformowałem bank o swojej decyzji, a bank uznał, że okoliczności się zmieniły. I tak się stało: firma Javiera zalegała z płatnościami od miesięcy. Wiedziałem o tym, bo już zdążyłem opłacić dwie raty, a córka tego nie zauważyła. Tym razem nie zrobię tego.
Spokojnie podpisałem dokumenty. Nie była to reakcja odruchowa, ale wynik lat drobnych obelg, krzywdzących żartów podszywających się pod zaufanie i założenia, że moja pomoc to obowiązek. Pan Morales spojrzał na mnie znad oprawki okularów.
„Jeśli to zostanie oficjalnie zgłoszone, może to mieć poważne konsekwencje dla twojego zięcia”.