Pojechałem do Boulder przez śnieżycę, która powinna była zepchnąć mnie do rowu.
Wycieraczki ledwo nadążały z pracą. Droga była śliska i w połowie zasypana śniegiem. Niejednokrotnie opony wpadały w poślizg, a samochód zsuwał się na tyle, by serce zamarło ze strachu. Trzymałem obie dłonie zaciśnięte kurczowo na kierownicy, wpatrując się w czerwoną smugę świateł tylnych samochodu jadącego przede mną – niczym w boskie przykazanie.
Pamiętam, jak wciąż powtarzałem w myślach: „Właściwie byłoby łatwiej, gdybym umarł”.
Nie dlatego, że tego pragnąłem.
Lecz dlatego, że – przynajmniej wtedy – ten koniec przybrałby jakiś kształt.
Gdy czterdzieści minut później zajechałem pod dom babci Eleanor, stała już w progu.
Miała osiemdziesiąt jeden lat. Była drobniutka. Otulona szlafrokiem narzuconym na jedną ze swoich starych, pikowanych koszul nocnych. Włosy miała w nieładzie – wyraźnie uczesane w pośpiechu. Światło z ganku, padające zza jej pleców, rzucało złocisty blask na wirujące płatki śniegu.
Rozłożyła szeroko ramiona, zanim zdążyłem jeszcze zamknąć drzwi samochodu.
Wszedłem do jej domu, wciąż na wpół skostniały z zimna.
Tego wieczoru nie zadawała żadnych pytań.
Wpuściła mnie do środka, posadziła na kanapie, otuliła dokładnie tym samym, wyblakłym kocem, którym okrywała mnie, gdy miałem pięć lat i leżałem chory na grypę, po czym wsunęła mi w dłonie kubek gorącej czekolady – tak, jakby świat właśnie nie rozpadł się na dwoje.