„Nie rozumiem, co się dzieje. Mam poważne kłopoty. Wiesz coś o tym?”
Zamknęłam oczy. Widziałam przed sobą moment, w którym przekręciła kluczyk w stacyjce i zostawiła mnie na deszczu.
„Tak” – powiedziałam cicho.
Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.
„Czy to ty?” – zapytała z napięciem.
Nie odpowiedziałam od razu. Na początku nie spieszyłam się z wyjaśnieniami, ratowaniem sytuacji, naprawianiem wszystkiego.
„Dopiero przyjechałam, Gábor” – powiedziałam w końcu. „Reszta to konsekwencja twoich działań”.
Zaczęła mówić szybciej, pospiesznie, jak ktoś, kto czuje, że grunt usuwa mu się spod nóg.
„Emma, porozmawiajmy. Popełniłam błąd. To był tylko błąd. Naprawię wszystko. Wróć do domu”.
Słowo „dom” brzmiało dla mnie dziwnie.
„Nie mam już tam domu” – odpowiedziałam spokojnie. „Zamknęłaś to przede mną”.
Zamilkła. I w tej ciszy, po raz pierwszy, nie czułem się winny.
W kolejnych dniach jej sytuacja się pogorszyła. Zrywano umowy, wspólnicy rezygnowali, a audyty się rozpoczęły. Ludzie, którzy wczoraj się do niej uśmiechali, teraz zwracali się do niej formalnie, z dystansem.
Wtedy ona się pojawiła.
Stała w drzwiach, blada, z zagubionym wzrokiem. Kiedy ją wpuszczono, nie była już taka sama.