Widelce brzęczały o delikatną porcelanę – delikatny, rytmiczny dźwięk perkusji sygnalizował koniec dania głównego i początek występu. Rozmowy ucichły. Nad mahoniowym stołem zapadła ciężka, pełna oczekiwania cisza.
Moja matka stała na czele jadalni, unosząc kieliszek wina, odbijając światło żyrandola. Czternaście osób odwróciło się, żeby posłuchać. Rodzina, przyjaciele, koledzy z klubu – publiczność starannie dobrana ze względu na jej zdolność do uznania jej istnienia. Uśmiechnęła się szeroko, błyskając tym ostrym, teatralnym uśmiechem, który zachowywała dla tłumów – tym, który nigdy nie sięgał jej oczu.