Moi rodzice, przeciwnie, dryfowali przez dekady niczym wieczni turyści, wiecznie czekając, aż konsjerż spełni ich prośby. Mój ojciec, gdy byłem młody, parał się nieruchomościami komercyjnymi, ponosząc spektakularne porażki, które maskował wspaniałymi opowieściami o zbliżających się, nieuchwytnych okazjach. Głównym zajęciem mojej matki było zasiadanie w radach organizacji charytatywnych, napędzane wyłącznie urokiem cateringu lunchowego i fotografii na okładkach gazet towarzyskich. Absolutnie uwielbiali prestiżowe nazwisko Admirała, prestiż społeczny, jaki im dawało, i ekskluzywne zaproszenia na gale, które materializowały się w ich skrzynce pocztowej. Jednakże z całą stanowczością gardzili nieustępliwymi wymaganiami moralnymi i surową dyscypliną, które towarzyszyły jego spuściźnie.
Kiedy tej ostatniej zimy jego zdrowie nieodwracalnie się załamało, poprosiłem o natychmiastowy urlop i pojechałem całą noc do Norfolk. Dwór, imponująca budowla z postarzanej cegły i strzelistych białych kolumn, dumnie wznosił się nad brzegiem wody. Wewnątrz panowała kojąca atmosfera, która łączyła w sobie cytrynowy aromat.