Przez chwilę panowała całkowita cisza. Nie rozpoznali mnie. Zobaczyli potężnego, dobrze ubranego mężczyznę z ekipą prawników i policyjną eskortą. Próbowali rozpoznać jego twarz. Nagle Isabel jęknęła, zasłaniając usta dłonią. Mateo szepnął. Javier upuścił długopis. Potoczył się po mahoniowym stole i upadł na podłogę z cichym kliknięciem. Isabela otrząsnęła się pierwsza. Jej zaskoczenie natychmiast przerodziło się w obronny gniew. Wstała, a jej twarz poczerwieniała. „Co ty tu robisz?” – zapytała piskliwym głosem.
„Jak przeszłaś przez kontrolę bezpieczeństwa?” Spojrzała na mój garnitur, na moje buty, na to, jak stoję – nie garbię się, nie szuram nogami. Zmieszanie mieszało się z wściekłością. „Tato” – wyjąkał Javier – „wyglądasz inaczej”. Isabela parsknęła szorstkim, niedowierzającym śmiechem. „Przyszedłeś tu żebrać o pieniądze, Mateo?” – zapytała, wskazując na mnie palcem. „Dosyć tego. Słyszałaś, że dzisiaj zamykamy, a ty się przebrałaś, żeby przyjść i panikować”. No cóż, za późno. Papiery podpisane. Poczekaj, aż sprzedam ziemię, to może dam ci kilka mil za nową ciężarówkę.
A teraz wynoś się stąd. Nie odpowiedziałam jej. Nawet na nią nie spojrzałam. Wbiłam wzrok w pana Rocę. Siedział u szczytu stołu, a jego długopis unosił się nad książeczką czekową. Patrzył na mnie z rosnącym zrozumieniem. Przypomniałam sobie kucharza. Przypomniałam sobie ostrzeżenie o twardym mięsie. Wejdź do środka. Minęłam Javiera, który skurczył się na krześle. Minęłam Isabelę, która drżała z mieszaniny wściekłości i strachu. Podeszłam prosto do szczytu stołu, przed Rocą.
Stało tam puste krzesło zarezerwowane dla radcy prawnego, którego Isabela nie raczyła zatrudnić, bo uważała się za mądrzejszą od wszystkich. Odsunęłam krzesło. Skóra zaskrzypiała w ciszy. Poczułem, jak płynnym, wyćwiczonym ruchem rozpinam marynarkę. Oparłem dłonie na stole, splatając palce. „Dzień dobry, panie Roca” – powiedziałem. Mój głos był spokojny, głęboki i dźwięczny. Wypełnił pokój. Roca przełknął ślinę. „Pan Carter, jak sądzę”. „Prawdziwy pan Carter”. „Poprawiłem go”. Isabela postukała dłońmi w stół.
To niedorzeczne. On jest niedołężny. Jest zdezorientowany. „Mam tu oświadczenie”. Podpis. Zrzeczenie się praw. Wezwij natychmiast ochronę. Zignoruję to. Nie spuszczałem wzroku z Roki. „Nie przyszedłem tu błagać, panie Roca” – powiedziałem. „Przyszedłem tu rozmawiać o interesach, a konkretnie o wycenie mojej nieruchomości. Twoja nieruchomość – pisnęła Isabela – należy do Javiera. Powoli odwróciłem głowę i spojrzałem na nią. Tylko na nią patrzyłem. Chłód w moich oczach sprawił, że zamknęła usta.
Zwróciłem się do Roki. Pięć lat temu pan Roca siedział w moim salonie z moją zmarłą żoną Sofią. Popijał jej mrożoną herbatę i zaoferował jej 18 milionów euro za Golden Sun Ranch. Odrzuciła go, bo kochała tę ziemię. Roca powoli się rozwijała. Pamiętam. Była wspaniałą kobietą. Naprawdę. Zgodziłem się. Więc jestem ciekaw, panie Roca. Dlaczego pan tu dzisiaj siedzi? Próbuje kupić swój majątek za 15 milionów euro.
„15 milionów” – wyrzucił z siebie Javier. Spojrzał na Isabelę szeroko otwartymi oczami. „Mówił pan, że to 10 milionów. Mówił pan, że Roca obniżyła cenę do 10 z powodu rynku”. W pokoju zapadła grobowa cisza. Zdawało się, że powietrze zostało wyssane z przestrzeni. Isabela zbladła, spojrzała na Javiera, potem na Rocę, a potem na mnie. Pułapka właśnie się otworzyła i czułem, jak stalowe zęby wbijają się w nią. Odchyliłem się na krześle. „Ach” – powiedziałem cicho. „Widzę najstarszy trik w książce.
Powiedz partnerowi jedną cenę, sprzedaj za inną, a różnicę zgarnij. 5 milionów euro to niezła prowizja za tydzień pracy, prawda, Isabelo?” Javier wstał, odchylając krzesło do tyłu. „Skłamałaś mnie” – wyszeptał. „Pokazałaś mi fałszywe e-maile, Javier” – powiedziałam, nie odrywając wzroku od Roki. „Tak jak udawane uczucie, tak jak udawana przyszłość w Marbelli”.
„To kłamstwo!” – krzyknęła Isabela. Wyglądała teraz na dziką, jej włosy rozpuściły się z perfekcyjnego koka. „On kłamie, Javier, on tylko próbuje nas zrujnować. Jest zazdrosny. Panie Roca, powiedz mu, powiedz mu, że umówiliśmy się na 15”. Pan Roca zamknął książeczkę czekową, ostrożnie chowając długopis do kieszeni. „Umówiliśmy się na 15” – powiedziała chłodno pani Carter. „Ale to było pod warunkiem, że jesteś prawowitym sprzedawcą i że twój mąż został poinformowany”. Spojrzała na mnie i szczerze mówiąc, 18 milionów euro to była uczciwa cena.
„Rynek wzrósł w ciągu ostatnich pięciu lat. Gdyby ta ziemia rzeczywiście była legalnie wystawiona na sprzedaż, byłaby dziś warta 20 milionów”. Javier został zawieszony. Wstałem, ale ona nie jest na sprzedaż, powiedziałem, nie za 15, nie za… 20, bo ta ziemia nie należy do Javiera i na pewno nie należy do Isabeli. Hernán zrobił krok naprzód, położył na stole ciężką teczkę i ją otworzył. Wyjął oryginalne dokumenty Fide i Comiso, te z wytłoczoną pieczęcią państwową.
Wyjął również raport z ekspertyzy sądowej dotyczącej sfałszowanego oświadczenia złożonego pod przysięgą, które przesłała Isabela. „Ta ziemia należy do Fundacji Sofía Carter” – powiedział.