Ledwo wysiadłem z taksówki, gdy wilgoć Pacyfiku ustąpiła miejsca ostremu, przenikliwemu chłodowi waszyngtońskiej jesieni. Torba marynarska wciąż wisiała mi na ramieniu – ciężki, znajomy ciężar, który wydawał się przedłużeniem mojego kręgosłupa. Buty wciąż pokrywał drobny, blady pył Okinawy – pamiątka z sześciomiesięcznej rotacji, która wydawała się trwać dekadę. Nie zdążyłem nawet zrobić trzech zdecydowanych kroków w stronę własnych drzwi wejściowych, zanim powietrze z sąsiedztwa zostało wyssane.
Byli tam. Stoją na moim ganku jak dwa sępy czekające, aż padlina przestanie drgać. Mój ojciec, z rękami skrzyżowanymi na piersi w sztywnej, obronnej pozie, i mój starszy brat, Chad, oparty o balustradę z uśmieszkiem sugerującym, że właśnie wygrał na loterii, na którą nie zasługiwał.