Ale kiedy ktoś, kogo kochasz, patrzy ci prosto w oczy i mówi, że się mylisz, desperacko chcesz mu uwierzyć. Więc uwierzyłam. A przynajmniej próbowałam. Ale nie wyrzuciłam tego stwierdzenia do kosza. Coś w mojej duszy – ta sama, która lata temu podszepnęła mi, że lemoniada na moich sandałach jest niezgrabna i mało urocza – kazało mi ją zatrzymać. Schowałam ją do pudełka po butach, ukrytego pod umywalką w łazience dla gości. Nikomu nie powiedziałam.
Właściwie to nie do końca prawda. Powiedziałam jednej osobie: Gretchen Somerville, młodszej siostrze Trenta, którą uważałam za moją najbliższą przyjaciółkę w Wilmington. Przez sześć lat jadłyśmy lunch co drugi tydzień. Wiedziała, jak piję kawę, znała mój irracjonalny strach przed schodami ruchomymi, wiedziała, że płaczę przy reklamach karmy dla psów. Ufałem jej bezgranicznie.
Siedziałem naprzeciwko niej w przytulnej kawiarni na Concord Pike, opowiadając o karcie kredytowej, hotelu, kwiatach. Uścisnęła moją dłoń, z wyrazem współczucia na twarzy i obiecała, że „to sprawdzi”. Dwadzieścia cztery godziny później Trent wpadł do domu z twarzą wykrzywioną wściekłością. Oskarżył mnie o próbę nastawienia przeciwko niemu jego rodziny. Gretchen powiedziała mu wszystko – każde słowo, każdy zmartwienie, każdą łzę. Wtedy dotarło do mnie przerażające odkrycie: nie mam nikogo.
Moi rodzice i siostra mieszkali w Tucson w Arizonie, oddalonym o 3800 kilometrów. Skrupulatnie zbudowałem całe swoje życie w świecie Somerville – miasto Trenta, jego ludzie, jego rodzina. A teraz mury zbliżały się ze wszystkich stron.
Pracuję w dziale kadr. Wpatruję się w dokumenty finansowe osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu. Wiem, jaki to uzasadniony wydatek firmowy.