Z korytarza dobiegł trzask łamanego drewna. Drzwi do holu otworzyły się z taką siłą, że ramy obrazów pospadały ze ścian. Szkło brzęczało niczym krzyk duszy.
A w drzwiach – ona.
W niebieskiej sukience. Tej samej, w której ją pochowano.
Jelena Sazonova.
— Nie… mogłeś… — wyszeptał Gleb, cofając się.
— Byłam z każdą kobietą — jej palce, blade jak marmur, wcisnęły się w jego ramiona. — Ale ty nigdy nie nauczyłeś się bać.
Marina, tracąc przytomność, usłyszała ostatnie słowa:
„Dziękuję, że mnie zabrałeś w śnieżycy… Teraz jesteś wolny”.
Epilog: Rok później
Poranek. Zimny, szary. Młoda kobieta w czarnym płaszczu stoi przy świeżym grobie. Na nagrobku — imię: Jelena Sazonova. Obok niej — bukiet białych lilii. I koperta. — Dotrzymałam obietnicy — szepcze. — Wszystkie polisy ubezpieczeniowe zostały zmienione. Twój fundusz pomocy kobietom zadziała. Gleb nie zostawił spadkobierców. A ty… zostawiłaś mnie.
Wiatr muska jej ramię — jak dłoń, niewidzialna, ale ciepła.
Odchodzi.
Ogląda się ostatni raz.
Na kamieniu — dwa słowa, których jeszcze przed chwilą nie było:
„MOJA DROGA”
A w domu, teraz pustym i cichym, na kominku stoi filiżanka herbaty. Nowa. Każdego wieczoru.
Na wypadek, gdyby staruszka znów zapukała w śnieżycy…
Która już nie prosi, żeby wejść do środka.
Ale która nigdy nie zostanie zapomniana.
Aby uzyskać pełny dostęp, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie udostępniaj znajomym na Facebooku. «« Powrót