Rozdział 1: Krwawa kolacja
Drzwi wejściowe otworzyły się i zamknęły z cichym kliknięciem zapadki.
Stałem w holu mojego osobistego piekła, z zimnymi kluczami w dłoni. Była 19:15. Spóźniłem się piętnaście minut.
„Spóźniłeś się”.
Głos Dave’a dobiegł z salonu, niski i jadowity. Pojawił się w drzwiach, niczym burzowa chmura w dopasowanej koszuli. Zapach whisky otaczał go gorzką aureolą.
„Przepraszam, Dave” – powiedziałam, a mój głos brzmiał już jak pisk myszy. „W biurze była pilna sprawa. Musiałam…”
Uderzenie było jak grzmot w cichym domu. Odrzuciłam głowę na bok, a policzek eksplodował mi palącym bólem.
„Przepraszam” – warknął. „Moja mama czeka na obiad od godziny. Idź do kuchni”.
Przeszłam obok niego, osłaniając twarz dłonią, a łzy już zamazywały mi wzrok. Bolało mnie całe ciało. Poranne mdłości nie dawały mi spokoju przez cały dzień, a teraz, w siódmym miesiącu ciąży, plecy miałam jak krucha gałązka.
W kuchni jego matka, pani Higgins, siedziała przy stole niczym otyła królowa na tronie, stukając idealnie wypielęgnowanym paznokciem o kieliszek wina.
„Wreszcie” – zadrwiła, nie patrząc na mnie. „Byłam bliska śmierci głodowej. Rostbef, średnio wysmażony. I krem z grzybów od podstaw. Nie używaj tego badziewia z puszki”.
Skinęłam głową, zawiązując fartuch na spuchniętym brzuchu. Przez następną godzinę byłam duchem we własnej kuchni, moje ruchy przypominały szaleńczy taniec siekania, mieszania i przypiekania. Świat zmieniał mi się i znikał. Miałam zawroty głowy, metaliczny smak krwi na języku po ugryzieniu w policzek. Myślałam tylko o maleńkim życiu we mnie, o trzepoczących kopniakach, które bardziej przypominały rozpaczliwe prośby.
W końcu posiłek był gotowy. Drżącymi rękami podałam rosół Dave’owi i pani Higgins. Na końcu przyniosłam zupę, stawiając miskę przed jego matką.
Podniosła łyżkę, wzięła delikatny łyk, a potem jej twarz wykrzywiła się z obrzydzenia.
„Za słone! Próbujesz mnie otruć?” wrzasnęła, wypluwając kęs gorącej zupy na nieskazitelnie białą podłogę. „Bezużyteczne śmieci, zupełnie jak twój ojciec rolnik”.
Obrażanie mojego taty, człowieka, który zawsze okazywał im tylko dobroć, było jedyną rzeczą, która wciąż mogła mnie zmusić do walki. „Nie mów o moim ojcu” – wyszeptałam, a mój głos drżał z wściekłości, na którą rzadko pozwalałam sobie w tej chwili.
Oczy pani Higgins rozszerzyły się w udawanym zaskoczeniu. Wstała, a jej krzesło głośno zaszurało o płytki. „Czy ty mi pyskujecie, ty żałosna krowo?”
Pchnęła mnie mocno w ramię.
Byłam wytrącona z równowagi, wyczerpana, a nogi splątały mi się pod nogami. Upadłam na bok, a mój ciążowy brzuch uderzył o ostrą, nieustępliwą krawędź granitowego blatu.
Ból, którego nigdy wcześniej nie znałam – paląca, rozdzierająca agonia – rozdarł moje wnętrze. Odebrał mi oddech, wzrok, zdrowie psychiczne. Padłam na podłogę bezwładnie, zdławiony krzyk uwiązł mi w gardle.
Wtedy to poczułam. Ciepła, przerażająca ciecz spływająca po wewnętrznej stronie nogi. Czerwień. Tyle czerwieni.