Podniosła wzrok, słysząc, jak moje ciężkie buty trą o beton.
„Przepraszam panią” – powiedziała. Jej głos był szorstki, zgrzytliwy, ledwo słyszalny ponad szept. „Jeśli szuka pani pracy, musi pani porozmawiać z brygadzistą w domu głównym. Jestem tylko stajennym”.
Otworzyłem usta, żeby wypowiedzieć jej imię, żeby je wykrzyczeć, ale słowa utknęły mi w gardle. Wpatrywałem się w nią. Spojrzałem na jej dłonie – zrogowaciałe, popękane i krwawiące od przenikliwego zimna w kostkach. Spojrzałem w jej oczy, te same przenikliwe piwne oczy, jakie miał jej ojciec, ale teraz były zupełnie puste. Iskra zgasła.
„Potrzebuję tylko wody” – zdołałem powiedzieć, zmuszając struny głosowe do spokojnego i niskiego głosu. „Długi spacer od autostrady”.
Natalie powoli, wyczerpana skinęła głową. Odłożyła ciężkie widły, podeszła do zardzewiałego kranu na zewnętrznej ścianie, napełniła wgnieciony blaszany kubek i przyniosła mi go.
Kiedy wyciągnęła rękę, jej flanelowy rękaw podjechał do góry. Krew zamieniła mi się w lód.
Zobaczyłem skupisko siniaków na jej przedramieniu. Żółtych, fioletowych, starych i nowych.
„Naprawdę powinnaś się stąd ruszyć, zanim cię zauważą” – wyszeptała natarczywie, nerwowo rzucając wzrokiem w stronę rozległego głównego domu. „Moja ciotka nie lubi…