Małżeństwo z hańby… a może prawie.
Pod groźbą wyrzucenia chorego młodszego brata z domu, Klara zgadza się. Kościół w dniu ślubu zapełnia się ludźmi, nie przyjaciółmi, a ciekawskimi obserwatorami. Słychać szepty, gdy wchodzi pan młody: boso, w podartych ubraniach, z rozczochranymi włosami.
Wszystko zdawało się iść zgodnie z planem Sophie. Tyle że mężczyzna, zbliżając się do niej, zachowywał się inaczej, niż się spodziewała. Szedł pewnym krokiem i patrzył jej prosto w oczy. Wziął Klarę za rękę i wyszeptał jej do ucha: „Zaufaj mi”.