Pomiędzy zajęciami i nabożeństwami wciąż malowałam i wypełniałam szkicowniki tym samym powtarzającym się obrazem ucieczki, nakładając warstwy papieru i farby na siebie, aż drętwiały mi ręce.
Elise obserwowała w milczeniu. Rzadko komplementowała, ale częściej zadawała pytania i w ten sposób okazywała zainteresowanie.
„Co próbujesz mi powiedzieć?” zapytała, stukając w róg płótna. „Dlaczego ukrywasz kartkę pod taką warstwą farby?”
To zmusiło mnie do postrzegania mojej pracy jako czegoś więcej niż tylko terapii. Musiała to być historia, którą inni mogliby poczuć.
Kiedy mój program ogłosił wystawę dyplomową, moi koledzy byli wniebowzięci, jakby to była ich wielka szansa. Dla mnie to było raczej jak egzamin.
Wystawa miała się odbyć w większej galerii w mieście, z udziałem kuratorów gościnnych z Londynu, Nowego Jorku i Berlina. Tylko jedna praca na studenta. Nie ma drugiej szansy. Wybrałam duże płótno w technice mieszanej, nad którym pracowałam miesiącami: warstwy faktur ze śmieci, paragonów, podartych torebek po kawie, biletów autobusowych, ułożone wokół prostej, zmiętej karty pokładowej pośrodku.
Nie była to dokładna kopia mojego prawdziwego biletu, ale zachowała po nim wspomnienie.
Zatytułowałam tę pracę „Rana wyjściowa”.
Tydzień przed występem odwołałam prawie wszystko. Powiedziałam Elise, że to zbyt osobiste, że ludzie tego nie zrozumieją, że może powinnam wymyślić coś piękniejszego i prostszego.
Uniosła brew i powiedziała: „W tym mieście piękno jest tanie. Szczerość jest rzadkością. Jeśli chcesz zająć miejsce na ścianie, upewnij się, że jest tego warte”.
Więc poszłam dalej.
Wieczorem w dniu występu stałam tam, ubrana w wypożyczoną czarną sukienkę i zdecydowanie za ciasne buty, jakbym nie miała zaraz zwymiotować ze strachu. Moi koledzy z klasy zebrali się z rodzinami, rozmawiając szybko po francusku lub włosku, a rodzice z dumą wskazywali ich nazwiska w programie.
Na początku zostałam sama, z plastikowym kubkiem z wodą gazowaną w dłoni.
Podczas przerwy w szpitalu Taylor wysłała SMS-a z Phoenix, dołączając zdjęcie, na którym oglądała transmisję na żywo na telefonie.
„Jestem z ciebie taka dumna” – napisała. „Twoja rodzina nie ma pojęcia, co straciła”.
Kiedy drzwi się otworzyły, sala wypełniła się głosami i brzękiem kieliszków. Ludzie niczym fale przemykali obok obrazów, czasami zatrzymując się na chwilę, a potem idąc dalej, nie zatrzymując się ani na chwilę.
Przez chwilę czułam się, jakby nikt nie zauważył mojego artykułu.
Wtedy mężczyzna w wieku około trzydziestu lat zatrzymał się przed Exit Wound i przeczytał małą kartkę z moim imieniem i nazwiskiem oraz stanowiskiem. Był ubrany tak, jakby właśnie wysiadł z samolotu, miał lekko pognieciony płaszcz, a jego wzrok był przenikliwy, pomimo zmarszczek spowodowanych zmęczeniem. Podszedł do płótna, pochylił się i wodził wzrokiem po konturach namalowanego biletu.
„Co się dzieje?” zapytał, rozglądając się, aż zobaczył mnie stojącego tam, opartego nieco nieswojo o ścianę.
Przez chwilę chciałem skłamać i powiedzieć, że to tylko historia o podróży albo zmianie otoczenia. Ale zamiast tego powiedziałem jej prawdę, zwięźle, w kilku zdaniach.
Powiedziałem, że moja rodzina zmarnowała mi szansę na wyjazd, że wyjąłem go ze śmietnika i i tak odszedłem, i że ten tekst dotyczy ceny, jaką płaci się za oderwanie się od tych, którzy w ciebie nie wierzą.
Wysłuchał mnie, nie przerywając, a potem zadał kilka pytań o moje metody pracy, inne prace i projekty.
Po zakończeniu programu dał mi swoją wizytówkę. Nazywał się Marco Alvarez; mieszkał w Nowym Jorku, pracował w sektorze technologicznym, ale coraz bardziej angażował się w świat sztuki.
Oświadczył: „Moja historia i moja twórczość odbiłyby się szerokim echem na Brooklynie, gdzie połowa miasta zdaje się składać z ludzi próbujących się odrodzić”.
Na początku pomyślałem, że to tylko uprzejmość, ale kilka tygodni później napisał do mnie maila z pytaniem, czy zgodziłbym się wysłać kilka prac na wystawę zbiorową w małej przestrzeni na Brooklynie, którą współfinansował.
Sam pomysł wydawał mi się szalony. Ledwo wystarczało mi na życie w Paryżu, a Nowy Jork był tysiące kilometrów stąd.
Mimo to spakowałem dwa płótna, wypełniłem formularze wysyłkowe i patrzyłem, jak prace, które pomagały mi przetrwać najciemniejsze noce, znikają w pudłach.
Mijały miesiące.
Pracowałem dalej, serwując kawę i naciągając płótna. Pewnego ranka, gdy sprzątałem stoły w galerii, Elise zawołała mnie do swojego biura. Dała mi swój telefon z otwartą na ekranie wiadomością e-mail.
Temat