Podczas gdy dzieci z entuzjazmem rozpakowywały prezenty, Brandon oznajmił, że chce omówić ze mną pewną kwestię na osobności.
W kuchni, poza zasięgiem ciekawskich uszu, wyjaśnił, że ich wakacyjne plany uległy zmianie.
„Rezerwacja Diane na domek narciarski upadła” – powiedział, mając na myśli swoją matkę. „Ale dostaliśmy jeszcze lepszą okazję. Państwo Anderson zaprosili nas do swojej posiadłości w Aspen. James Anderson to największy deweloper nieruchomości w północno-wschodnich Stanach Zjednoczonych. To może oznaczać punkt zwrotny w mojej karierze”.
„Rozumiem” – powiedziałam cicho, zapowiadając już dalszą część.
„Wygląda na to” – kontynuował Brandon, patrząc na swojego Rolexa – niedawny zakup, co do którego miałam wątpliwości, biorąc pod uwagę ich sytuację finansową – „są bardzo wybredni, jeśli chodzi o listę gości. Bardzo ekskluzywną”.
„A mnie na niej nie ma” – dodałam. „Dotyczy to wyłącznie kontaktów biznesowych i najbliższej rodziny” – potwierdził, nie patrząc na mnie. „Diane też tam będzie, oczywiście, jako moja matka”.
Ale byłam zbędna. Niepotrzebna. Utrapieniem na ich drodze do awansu.
„Rozumiem” – powiedziałam po prostu.
„Wiedziałem, że to zrozumiesz” – odparł Brandon, ściskając mnie za ramię. „Zawsze jesteś taka rozsądna, Eleanor”.
Skinęłam głową i spróbowałam stłumić smutek. „Kiedy wyjeżdżasz?”
„Jutro rano. Wczesny lot”.
Jego telefon zawibrował i natychmiast na niego spojrzał, myśląc już gdzie indziej.
„Słuchaj, skoro rozmawiam z tobą sam na sam, musimy omówić coś ważnego po świętach. Szansę biznesową, z której wszyscy możemy skorzystać. Ale nie teraz. Jest za dużo chaosu”.
Rozpoznałam tę strategię, pokusę włączenia, obietnicę przyszłego rozważenia. To była ta sama technika, której niezliczoną ilość razy używał z Robertem.
Tego wieczoru, po pełnym emocji pożegnaniu z wnukami, które nie rozumiały, dlaczego babcia nie będzie świętować z nimi świąt, wróciłam do pustego mieszkania. Mała sztuczna choinka, którą ubrałam, nagle wydała mi się żałosna, a zapakowane pod nią prezenty bez znaczenia bez dziecięcego entuzjazmu.
Po raz pierwszy od śmierci Roberta pozwoliłam sobie na prawdziwy płacz. Nie ciche łzy żalu, które wylałam na jego pogrzebie, ale szczere, wściekłe szlochy, które wypłynęły z głębi mojej duszy. Płakałam za zniesione tradycje świąteczne, za wnukami, którym wmówiono, że obecność babci jest opcjonalna, za córką, która powoli zmieniała się w kogoś, kogo ledwo rozpoznawałam.
I płakałam za Robertem, który nigdy by na to nie pozwolił, który pozostałby niezłomny wobec manipulacji Brandona, który przedłożyłby serce naszej rodziny ponad pozory.
Gdy zbliżała się północ, otarłam łzy i podjęłam decyzję. To będą ostatnie święta, które spędzę sama. Ostatni raz zaakceptowałam, że jestem tylko dodatkiem w życiu mojej rodziny.
Coś musiało się zmienić.
Nie zdawałam sobie sprawy, jak szybko ta zmiana nastąpi, ani że nastąpi ona w postaci pilnego telefonu od samego Brandona zaledwie kilka tygodni później.
Święta minęły w otchłani samotności. W Boże Narodzenie pracowałam jako wolontariuszka w lokalnym schronisku, gdzie znalazłam ukojenie w pomaganiu innym, którzy byli w jeszcze gorszej sytuacji niż ja. Odrzuciłam zaproszenia od miłych sąsiadów, którzy nie mogli znieść myśli o biednej wdowie spędzającej Nowy Rok samotnie. Potrzebowałam samotności, żeby przemyśleć sprawy, zaplanować i skorygować swoje oczekiwania.
W połowie stycznia pogodziłam się z powrotem do Maine. Connecticut ewidentnie nie było dla mnie miejsca. Zaczęłam szukać mniejszych miejscowości w pobliżu Portland, gdzie moja nauczycielska emerytura dałaby mi więcej. Skontaktowałam się z agentem nieruchomości, żeby wystawił na sprzedaż mój dom w Cedar Falls, który wynajmowałam co miesiąc. Dołączyłam nawet do internetowej grupy dla dziadków, którzy utrzymują kontakt z wnukami na odległość.
Potem zadzwonił Brandon.
Jego głos miał barwę, jakiej nigdy wcześniej nie słyszałam. Brzmiał niemal skromnie, choć zbyt wyrachowanie, by być szczerym.
„Eleanor, mam nadzieję, że wszystko u Ciebie w porządku. Tęskniliśmy za Tobą w święta”.
To bezczelne kłamstwo o mało mnie nie rozbawiło.
„Naprawdę? Jak miło”.
Kiedy zauważył mój suchy ton, zignorował go.
„Słuchaj, stało się coś niesamowitego. Okazja, na którą czekaliśmy od dawna. Posiadłość Graysonów przy Lakeview Drive w końcu trafia na rynek”.
Zamilkłam i czekałam, jaki będzie cel tej rozmowy. „Eleanor, jest idealna. Siedem sypialni, kryty basen, domek gościnny i trzy akry ziemi tuż nad jeziorem. Graysonowie zostawiają ją tylko wybranej grupie nabywców”.