Kiedy Staszek wrócił z warsztatu - bo Staszek jest mechanikiem samochodowym, chociaż wszyscy go znają jako tego, co naprawi każdemu wszystko - postawiłam przed nim herbatę i powiedziałam spokojnie:
- Wiem, że dom jest zapisany na twoją matkę. Wiem, że nie przeprowadziłeś spadku. I wiem, że Wiesław z Jolantą mają prawo do dwóch trzecich.
Spodziewałam się kłótni. Spodziewałam się tłumaczeń. A Stanisław zrobił coś, czego nie widziałam przez trzydzieści lat małżeństwa - schował twarz w dłoniach i się rozpłakał.
Kiedy się uspokoił, powiedział mi prawdę. Że Jolanta już dwa razy dzwoniła z pytaniem o spadek. Że Wiesław przez swojego prawnika dał do zrozumienia, że chce spłaty - bo trzecia żona jest młoda i chce własne mieszkanie. Że Stanisław odwlekał, bo wiedział, że formalności otworzą puszkę Pandory. Że bał się mi powiedzieć, bo sam nie wiedział, jak z tego wybrnąć.
- Myślałem, że jakoś to się rozejdzie - powiedział cicho. - Że Wiesiek zapomni. Że Jola odpuści.
Trzydzieści lat. Trzydzieści lat życia w domu na pożyczonym czasie, w którym jedyną strategią mojego męża było "jakoś to będzie".
Następnego dnia zadzwoniłam do pani mecenas i poprosiłam o wyznaczenie terminu konsultacji dla nas obojga. Potem zadzwoniłam do Jolanty. Rozmowa była krótka i chłodna, ale rzeczowa. Z Wiesławem będzie trudniej - to wiedziałam.
Nie zamierzam stracić tego domu. Ale nie zamierzam też udawać, że problem nie istnieje, tak jak robił to Stanisław przez ostatnie dwa lata. Jestem urzędniczką - wiem, że papiery nie znikają, terminy nie czekają, a prawo nie dba o to, że ktoś miał nadzieję, że "jakoś to będzie".
Siedzę teraz przy kuchennym stole, tym samym, przy którym jadaliśmy niedzielne obiady z teściową. Na ścianie wisi zdjęcie z naszego wesela - ja w białej sukni, Stanisław w pożyczonym garniturze, a za nami ten dom. Nasz dom. Który nigdy tak naprawdę nie był nasz.
Ale jedno wiem na pewno - teraz przynajmniej wiem, o co walczę.