Kilka minut później pojawił się ananas.
Też był smutny.
On też milczał.
I po raz kolejny błagał ją, żeby wróciła do życia.
„Proszę” – płakała. „Proszę, kochanie. Oddychaj dla mamy”.
To mogło być zdjęcie dziecka.
„Proszę” – jęknęła. Potem rozpłakała się.
Oboje dzieci żyły.
Niemożliwe. Dimypto. Co-gelaptte.
Ale ja żyję.
Grace miała nożyczki. A także wysterylizowane materiały budowlane. Nawet maty. Żadnego grzejnika.
Mógł tylko przycisnąć je do ciała i modlić się, żeby jego własne ciepło wystarczyło.
Spojrzał na zegarek, jego oczy zamgliły się.
7:15
Byłem zamknięty w domu przez 10 godzin.
Dziesięć godzin w śmiertelnej pułapce.
Dziesięć godzin pracy, zimna, bólu, strachu i wyzwań.
Teraz czuła, że marnieje. Dreszcze prawie ustały. To było gorsze niż drżenie. Oznaczało, że jej ciało traci siły do walki.
Spojrzała na swoje dzieci: dwie kruche buzie oparte o jej pierś.
„Przepraszam” – wyszeptał. „Mama to zaakceptowała. Mama walczyła z całych sił”.
Jego oczy powoli się zamknęły.
A potem, gdzieś poza tym mroźnym pomieszczeniem, ktoś zauważył, że coś jest nie tak.
Korporacja Hayes pracowała do późna w nocy.
Jego firma technologiczna mieściła się w budynku trzy domy dalej od Bettyt Pharmaceuticals. Około północy zobaczył srebrny samochód na parkingu, którego niebieskie światła migały słabo.
To było dziwne.
O świcie ten sam samochód wciąż tam stał.
Kierowca podszedł. Na siedzeniu pasażera leżała torba. W uchwycie na kubek znajdował się telefon komórkowy. Naklejka parkingowa należała do Brett Pharmaceuticals.
A właścicielka samochodu? Kobieta.
Kontynuuj czytanie, klikając przycisk poniżej (NASTĘPNA STRONA 》)!
REKLAMA