Rozdział 1: Selekcja krwi i jedwabiu
Cyfrowy dzwonek mojego telefonu niczym skalpel przeciął wyczerpanie po dwunastogodzinnej zmianie. Była północ w Richmond w Wirginii, a w pokoju socjalnym na ostrym dyżurze wciąż unosił się zapach metalicznej krwi, wybielacza i stęchłej, przypalonej kawy, która dawała nam siłę do przetrwania. Siedziałem zgarbiony na winylowym krześle, a mój fartuch był wilgotny od potu po tym, jak z trudem udało nam się ustabilizować stan pourazowy. Moja szpitalna odznaka, ciężka od swojej nieustępliwej, plastikowej rzeczywistości, delikatnie kołysała się na mojej piersi.