Pukanie nie było sąsiedzkie. Nie było to rytmiczne tupanie dostawcy ani nieśmiałe pukanie znajomego. To był rodzaj donośnego, autorytatywnego dudnienia, które zmusza ciało do podjęcia decyzji, na długo zanim mózg zdąży nadążyć, że to nie ty kontrolujesz swój poranek.
Stałam w przedpokoju, otulona wyblakłymi spodniami dresowymi i koszulką, która widziała już zbyt wiele prań, z włosami spiętymi w niesforny, buntowniczy kok. Zimne poranne powietrze naszej dzielnicy Oak Creek wpadło do środka, gdy tylko otworzyłam drzwi, a mój żołądek podskoczył z mdłą prędkością zerwanego kabla windy.