Moje palce zdrętwiały, a ja nerwowo grzebałam w telefonie, wybierając numer 911. Zmusiłam się do wymówienia adresu, a mój głos był ochrypły i chrapliwy, błagając operatora o cud. Zaczęłam resuscytację krążeniowo-oddechową, licząc na głos – jeden, dwa, trzy – bo wiedziałam, że jeśli przestanę, moje serce zatrzyma się razem z nim. Każda sekunda była rokiem. Każda cisza w jego płucach była wyrokiem śmierci.
W oddali usłyszałam syreny, jęk ratunku przebijający ciszę Whitakerów. Ale gdy ratownicy medyczni spieszyli w dół mola, zobaczyłam Ryana ukradkiem zerkającego na telefon, a jego kciuk drżał nerwowo. Nie sprawdzał Lily; usuwał dowody.
Centrum Medyczne St. Jude było światem jarzeniówek i zapachu ozonu. Uciekli.
Więcej na następnej stronie.