— Ile?
— No cóż… sto tysięcy, jeśli teraz.
Sto tysięcy. Samochód był wart milion. Ale milion to czas — Avito, oględziny, negocjacje. A sto tysięcy to trzy miesiące kredytu hipotecznego, prąd i jedzenie.
— Sto piętnaście i przyjeżdżasz natychmiast. Holownik jest twój.
— Zgoda. Podaj adres.
Dwadzieścia minut później na podwórko wjechał zardzewiały holownik z napisem „Usługi 24”.
Alla wyszła na zewnątrz w płaszczu narzuconym na szlafrok.
Aszot, krępy Ormianin w skórzanej czapce, obszedł samochód dookoła i cmoknął językiem.
— Słuchaj, ona jest praktycznie nowa! Szkoda na złom. Może mąż się obudzi i da ci papiery? Dałabym trzysta.
— Nie obudzi się — powiedziała krótko Alla. — Załaduj ją, Aszot. Potrzebuję pieniędzy natychmiast. Nie ma czym nakarmić dzieci.
Asjot spojrzał na jej szare policzki i drżące dłonie.
W milczeniu wyjął z kieszeni zwitek pieniędzy, spięty gumką.
— No dobrze. To twoja sprawa. Proszę, sto piętnaście.
Ałła wzięła pieniądze i przeliczyła. Brudne, pogniecione banknoty, pachnące benzyną i szawarmą. Ale dla niej pachniały życiem.
— Dziękuję.
Asjot skinął na kierowcę. Wyciągarka zaczęła buczeć.
Irytujący, skomlący, zgrzytliwy dźwięk wyciągarki obudził Pawła.
Otworzył oczy, nic nie rozumiał, pulsowało mu w głowie.
Podszedł do okna.
I zamarł.
Jego ukochana, jego biała piękność, powoli wpełzła na platformę lawety. Obok niej stała Ałła, chowając coś pod płaszczem. Paweł zamrugał, pomyślał, że śni, uszczypnął się – bolało.
— Nieee! — krzyknął tak głośno, że zadrżały szyby w oknach.
Wybiegł z mieszkania, taki jaki był — w bieliźnie i koszuli z alkoholem, boso. Z hukiem zbiegł po schodach.
Biegnij na podwórko.
— Stój! — krzyknął, trzymając się krawędzi lawety. — Co ty robisz?! To kradzież! Policja!
Asjot spokojnie spojrzał na niego od stóp do głów.
— Hej, człowieku, odsuń się. Właściciel go sprzedał, wszystko w porządku.
Paweł zwrócił się do Ałły.
— Ty… ty sprzedałeś mój samochód?! Zwariowałaś?! To mój samochód, oszczędzałam na niego!
Ałła stała spokojnie, z rękami w kieszeniach. Nie było jej zimno; gniew grzeje lepiej niż futro.
— Był twój, Paszo. Teraz należy do kredytu hipotecznego. Zainwestowałeś w „przyszłość rodziny”, prawda? W przekręt Katji? No cóż, zainwestowałem w naszą teraźniejszość.
— Suka! — Paweł rzucił się na nią z zaciśniętymi pięściami. — Oddaj pieniądze, oddaj samochód!
Ałła wyciągnęła rękę z kieszeni. W dłoni miała gaz pieprzowy.
Pssst.
Żółta strużka uderzyła Pawła prosto w twarz.
Wrzasnął, zacisnął oczy i uklęknął w brudnym listopadowym błocie.
Aby uzyskać pełny dostęp, przejdź na następną stronę lub kliknij Otwórz Snap (>) i nie udostępniaj znajomym na Facebooku.