„Miłej jazdy, Marku” – mruknąłem. „To krótka trasa”.
Rozdział 2: Wyrzucenie
Sala balowa The Pierre była kalejdoskopem diamentów, czarnego aksamitu i agresywnej sieci kontaktów. Kwartet smyczkowy grał coś klasycznego i nieszkodliwego w kącie, zagłuszany przez ryk miliarderów śmiejących się z własnych żartów.
Mark był w swoim żywiole. Sunął przez tłum jak rekin w stawie z karpiami koi, ściskając dłonie, błyskając tym swoim milionowym uśmiechem i przyjmując komplementy z okazji niedawnego sukcesu w fuzji. Ja szłam za nim, pchając podwójny wózek, czując się jak holownik ciągnący kotwicę.
Bliźniaki dawały sobie radę przez pierwszą godzinę. Ale hałas, upał i przytłaczający zapach ciężkich perfum dawały się we znaki. Sophie zaczęła się wiercić. To jeszcze nie był płacz, tylko rytmiczne, narastające pomruki.
Mark zesztywniał. Rozmawiał z panem Hendersonem , dyrektorem generalnym firmy, człowiekiem, którego opinia miała ogromne znaczenie dla kariery Marka.
„A zatem prognozy na trzeci kwartał są takie