„Jedna córka jest lekarką, druga pokojówką” – oznajmił mój ojciec, a jego głos grzmiał radosnym okrucieństwem, które odbijało się echem od sklepionych sufitów naszej posiadłości w Milbrook . Uniósł kryształowy kieliszek, którego bursztynowy płyn odbijał światło żyrandola, gdy czternaścioro gości chichotało w lniane serwetki. Było Święto Dziękczynienia, dzień wdzięczności, a jednak mój ojciec wybrał go na scenę mojej publicznej egzekucji.
Moja ośmioletnia córka, Lily , siedziała obok mnie, jej drobna sylwetka wchłonięta przez ogromny mahoniowy fotel. Pociągnęła mnie za rękaw, a w jej szeroko otwartych oczach malowało się zdziwienie, które przebijało się przez moją wyćwiczoną zbroję. „Mamo” – wyszeptała, a jej głos był jak cienka nitka w gobelinie śmiechu – „czy bycie służącą to coś złego?”