Kiedy Gerald zszedł na dół tego ranka, wyglądał jak generał dokonujący inspekcji linii frontu. Miał na sobie pudrowoniebieską koszulkę polo Ralpha Laurena, a jego spodnie khaki były pogniecione jak ostrza noża. Zapach jego drogiej wody kolońskiej dotarł do niego trzy sekundy przed nim. Przesunął jeden balonik o piętnaście centymetrów w lewo, wpatrzył się w ułożone przeze mnie plasterki cytryny i uśmiechnął się szyderczo.
„Są nierówne” – powiedział, nie patrząc na mnie. „Zrób je jeszcze raz”.
Donna pojawiła się w południe, ubrana w lnianą sukienkę od Ann Taylor, którą dwa razy kazała mi ugotować na parze. Rozejrzała się po kuchni, przesuwając zadbanym palcem po granicie. Usłyszałam, jak szepcze do Geralda, wystarczająco głośno, żebym mogła usłyszeć: „Zakupiła ci tylko coś taniego. Przygotuj się”.
Megan dotarła ostatnia, stukając obcasami o podłogę, którą wydepilowałam o świcie. Wręczyła Geraldowi małe pudełko – Apple Watch Series 9, model ze stali nierdzewnej, który kosztował 700 dolarów. Obciążyła nim dodatkową kartę kredytową, którą opłacił Gerald.
„To moja dziewczyna” – Gerald rozpromienił się, całując ją w czoło. Objął ją ramieniem, prezentując pierwszym gościom. „Zawsze wie, co lubi jej stary”.
Nie spojrzał na mnie. Byłem tylko pomocnikiem, duchem w fartuchu, napełniającym kieliszki do wina i wycierającym ślady pary wodnej, zanim zdążyły uszkodzić drewno.
Kiedy gość, sympatycznie wyglądająca kobieta z firmy ubezpieczeniowej Geralda, zapytała: „Czy Allison nie powinna usiąść i zjeść z nami?”, Donna się uśmiechnęła. Był to uśmiech ciepły jak zamknięta trumna.
„Och, ona lubi pomagać” – zaszczebiotała Donna. „To jej sposób na okazanie wdzięczności. Wiesz, jak to jest z adoptowanymi dziećmi. Muszą czuć się potrzebne”.
Potem przyszły prezenty. Potem policzek.
Pobiegłam. Nie spakowałam walizki. Poszłam do szafy, chwyciłam wyblakły plecak J