Skręcając w Willow Creek Road, dom ukazał się na końcu długiej, polnej drogi. Biała farba łuszczyła się, weranda rozpadała się, a okna były ciemne. Z zewnątrz wyglądał sennie i zwyczajnie.
To było najgorsze. Zło kocha zwyczajne miejsca. Najlepiej chowa się tam, gdzie ludzie najmniej chcą je zobaczyć. Ben zaparkował przy bocznym wejściu. Za nami podjechało dwóch pomocników.
Odwrócił się do mnie po raz ostatni. „Zostaw dom oficerowi Murpe”. Skinęłam głową, ale moje ręce były zimne. Kluczyki w torebce Lindy lekko zabrzęczały w dłoni Bena, gdy wysiadał z samochodu.
Klucz do drzwi wejściowych, drugi do bocznych, mały mosiężny, czarny z czerwoną wstążką owiniętą wokół góry. Obejrzał je wszystkie. Wtedy z radia dobiegł głos Ryana, dochodzący z drugiego pojazdu, drżący i oszołomiony.
Muszą się spieszyć. Ben natychmiast chwycił radio. Dlaczego? W sygnale słychać było szum. Potem Ryan odpowiedział, każde słowo grzmiało. „Bo Curtis przyjeżdża o szóstej i jeśli dowie się, że znowu próbowała uciec, przeniesie ją, zanim zdążysz wejść”.
Ben nie czekał ani chwili. W chwili, gdy ostrzeżenie Ryana zatrzeszczało w radiu, całe podwórko się zmieniło. Spokój zniknął. Wszystko stało się naglące, ostre i niebezpieczne.
Funkcjonariusz Mur podszedł do mnie. Sam wyskoczył z ciężarówki tak szybko, że o mało nie wyrwał drzwi z zawiasów. Cichym, ale stanowczym głosem wydał szybkie rozkazy: „Natychmiast wejść tylnym wejściem”.
Spójrz na stodołę. Spójrz na drogę. Dom wyłaniał się przed nami, jakby krył sekrety w każdej ścianie. Byłem tam lata temu, na niedzielnych obiadach, urodzinach i rodzinnych zdjęciach na ganku.
Wtedy wydawał się przytulny, może trochę staroświecki, ale niegroźny: dom z bluszczem na bramie i ciastami stygnącymi na parapetach. Teraz widziałam tylko kłamstwo podszywające się pod dom.
Ben spróbował otworzyć boczne drzwi jednym z kluczy Lindy. Otworzyły się z kliknięciem. Odwrócił się do mnie. „Zostań tutaj”. Skinęłam głową. Zamierzałam posłusznie posłuchać. Naprawdę.
Ale wtedy zimny wiatr zawiał między drzewami, a wraz z nim słaby, stłumiony dźwięk, tak słaby, że prawie pomyślałam, że go sobie wyobraziłam. Głuchy odgłos, potem kolejny.
Z wnętrza domu. Całe moje ciało zamarło. Rozpoznałam ten dźwięk nie uszami, ale sercem. „Janet” – wyszeptałam. Ben i funkcjonariusze zniknęli w bocznym korytarzu, a Sam tuż za nimi.
Zostałam z oficerem Murem przy tylnych schodach, wpatrując się w otwarte drzwi. Wychodzące powietrze pachniało stęchlizną, kurzem i zimnym drewnem, czymś, co zbyt długo pozostawało w ukryciu.
Wtedy usłyszałam głosy dochodzące z wnętrza, szybkie i niskie, otwierające się drzwi, tupot butów na podłodze, ciężki szur, a potem mężczyzna krzyknął: „Serif!”. I wszystko eksplodowało. Funkcjonariusz Mu zareagował natychmiast, unosząc jedną rękę, żeby mnie zatrzymać, a drugą sięgając po radio.
Inny pomocnik biegał po domu. Słyszałam głośne dźwięki i walenie dochodzące z wnętrza. Takie walenie, które oznacza, że ludzie przestają rozmawiać, kłócić się. Powinnam była zostać.
Wiem. Ale kiedy matka słyszy chaos w miejscu, w którym może być uwięziona jej córka, zasady tracą wszelkie znaczenie. Przepchnęłam się przez tłum i wbiegłam do środka.
Krzyknął za mną, ale się nie zatrzymałam. Korytarz w domu był wąski i ponury, pełen starych rodzinnych zdjęć, które przyprawiały mnie o mdłości. Linda uśmiechnięta w sukience do kościoła, Ryan jako dziecko: małe sceny z życia, które z zewnątrz zawsze wydawało się porządne.
Na końcu korytarza drzwi były otwarte. Dalej wąskie schody prowadziły w ciemność. W piwnicy Ben stał na dole z pomocnikiem. Sam był w połowie drogi.
Inny mężczyzna, barczysty i czerwony na twarzy, stał przyparty do ściany z jedną ręką zgiętą za plecami. Miał na sobie robocze buty i brudną zieloną kurtkę.
Curtis. To musiał być Curtis. Mruknął do siebie, gdy Ben go unieruchomił. Klucze. Ben warknął. Curtis splunął na podłogę. Za późno. O mało nie spadłem ze schodów.
Sam odwrócił się natychmiast. Evie. Nie, ale już go mijałem. W piwnicy było zimniej niż w domu wyżej. Betonowa podłoga, goła żarówka, metalowe półki, zapach wilgoci, wybielacza i czegoś gorzkiego pod spodem.
Na dole było troje drzwi. Jedne prowadziły do czegoś, co wyglądało na schowek, drugie do pralni, a trzecie, z tyłu, były zamknięte na ciężką kłódkę przykręconą od zewnątrz.
Ta kłódka wywarła na mnie straszne wrażenie. Mówiła sama za siebie. Ben wyjął z kieszeni zestaw kluczy i wypróbował jeden.