„Nic mi nie jest” – powiedziałam – kłamstwo, które powtarzają wyczerpane kobiety na całym świecie. „Nic nam nie jest. To… chwilowe”.
Wzrok Evelyn powędrował w dół, na niedopasowane skarpetki Layi, a potem na moje dłonie, czerwone i popękane od zimna. Jej wyraz twarzy nie złagodniał, ale głos opadł o oktawę.
„Maya” – powtórzyła, podchodząc bliżej. „Dlaczego nie mieszkasz w swoim domu na Hawthorne Street?”
Świat przechylił się na drugą stronę. Zamrugałam, pewna, że się przesłyszałam.
„Mój… co?”
Nie powtórzyła tego, jakby myślała, że jestem głupia. Powtórzyła to, jakby myślała, że zemdleję.
„Dom” – wymówiła, każda sylaba szorstko. „Na Hawthorne Street”.
Serce zaczęło mi walić tak mocno, że czułam puls w gardle.
„Jaki dom?” – usłyszałam siebie, a mój głos brzmiał cienko i piskliwie. „Nie mam domu, babciu. Mam kosz z ubraniami i numer na liście oczekujących”.
Evelyn patrzyła na mnie, jakbym mówiła językami. Widziałam, jak w jej oczach krąży kalkulacja – liczyła liczby, terminy, możliwości.
Laya pociągnęła mnie za rękaw. „Mamo” – wyszeptała, szeroko otwierając oczy z bolesną nadzieją. „Mamy dom?”
Spojrzałam na nią i moje serce znów się złamało.
„Nie, kochanie” – powiedziałam delikatnie. „Nie chcemy”.
Twarz Evelyn znieruchomiała. Kiedy moja babcia zamarła,