Wjechałam na parking kliniki West End Medical Clinic po raz szósty w tym miesiącu, z kostkami wybielonymi od skóry kierownicy. Silnik ucichł, ale dźwięk mojego serca walił o żebra jak uwięziony ptak.
W lusterku wstecznym moja córka, Mia, siedziała nieruchomo jak posąg. Przyciskała do nosa zwitek chusteczek, wpatrując się w szary materiał fotela przed sobą. Biała tapeta już pokrywała się przerażająco jasną, szkarłatną plamą.