Stałem zupełnie nieruchomo. Moje tętno wynosiło sześćdziesiąt uderzeń na minutę. Skupiłem się na oddechu. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Obserwowałem go. Analizowałem.
Kelsey odwróciła się na krześle, żeby na mnie spojrzeć. Zobaczyła moje wiosło. Zobaczyła mnie opartego o drzewo, z twarzą pozbawioną wyrazu. Na jej ustach pojawił się uśmiech, okrutny i zadowolony. Pochyliła się w stronę Ra, ale mówiła wystarczająco głośno, żeby słyszeli ją ludzie z rzędów za nią.
„Mówiłam ci” – powiedziała Kelsey głosem ociekającym pogardą. „Wystrzeliła jeden strzał. Koniec. Spójrz na jej rękę. Drży. Zemdleje, zanim znowu to podniesie”.
Nie drżałem. Moja ręka była nieruchoma jak skała. Ale pozwoliłem jej w to uwierzyć. Pozwoliłem im myśleć, że sparaliżował mnie strach. Przez to stali się nieostrożni.
Spór o licytację między Ra a deweloperem przerodził się w otwartą bójkę. Było paskudnie. To była sprawa osobista. Podbijali teraz stawki o pięćdziesiąt tysięcy dolarów, podgryzając się nawzajem.
„Osiemdziesiąt jeden” – powiedziała Ra. Jej głos był piskliwy.
„Osiemdziesiąt jeden pięć” – odpowiedział deweloper.
„Osiemdziesiąt dwa!” – krzyknęła Ra.
Nie patrzyła już do notesu. Nie zaglądała już do arkusza kalkulacyjnego, który stworzył Dylan. Działała wyłącznie na adrenalinie i przerażającym strachu przed utratą twarzy przed sąsiadami.
Spojrzałam na Dylana. Trząsł się z nerwów. Wyciągnął telefon z kieszeni i trzymał go nisko między kolanami. Widziałam, jak jego kciuki błyskawicznie poruszają się po ekranie. Nie sprawdzał wyników sportowych. Pisał do kogoś – do bankiera, prywatnego pożyczkodawcy, bogatego przyjaciela. Pisał gorączkowo, jego wzrok błądził to od licytatora do ekranu.
Próbował wyczarować pieniądze z powietrza. „Proszę pana” – głos jednego z licytatorów przebił się przez monotonię licytatora.
Młoda kobieta w czarnej marynarce stała na końcu przejścia i wskazała prosto na Dylana.
„Telefony muszą być schowane podczas licytacji, proszę pana” – powiedziała profesjonalnym, ale surowym głosem. „To niezgodne z regulaminem aukcji. Proszę wyjść, jeśli chce pan dokonać transakcji”.
Cały pierwszy rząd odwrócił się w stronę Dylana. Zamarł, a jego twarz poczerwieniała jak dojrzały pomidor. Wsadził telefon do kieszeni, jakby się rozgrzewał. Ra gwałtownie odwróciła głowę i syknęła coś do niego, z oczami szeroko otwartymi z wściekłości.
Iluzja kontrolowanej, bogatej rodziny zaczęła się sypać. Wyglądali na tych, którymi byli: nieprzygotowani amatorzy desperacko szukający pieniędzy.
Spojrzałem na zegarek. Minęło dwanaście minut od mojej ostatniej licytacji.
Telefon zawibrował mi w kieszeni. Pojedyncza, krótka wibracja. Nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć, kto to, ale ostrożnie wyciągnąłem telefon z kieszeni i zasłoniłem ekran.
To był Miles.
Są u kresu swoich możliwości. Widzę wnioski kredytowe napływające do biur informacji kredytowej trzech różnych banków w ciągu ostatnich dziesięciu minut. Są zdesperowani. Sięgają sufitu.
Odsunąłem telefon.
Sufit.
Byli tam. Stali na dachu swojego domu finansowego i mieli zamiar skoczyć.
„Osiem do trzech” – krzyknął licytator. „Licytacja należy do pani z przodu. Mam osiem do czterech? Osiem do czterech?”
Deweloper w niebieskim garniturze zdjął okulary przeciwsłoneczne. Wytarł je chusteczką. Spojrzał na dom. Potem spojrzał na Ra. Pokręcił głową. Położył wiosło na pustym krześle obok siebie. Wyszedł.
Fala podniecenia przetoczyła się przez tłum. Wielki gracz został pokonany. Droga była wolna.
Ra też to zobaczyła. Jej postawa natychmiast się zmieniła. Panika zniknęła, zastąpiona falą triumfu tak potężną, że niemal można ją było dostrzec. Wyprostowała się. Wygładziła spódnicę. Spojrzała na Dylana i Kelsey z szerokim, triumfalnym uśmiechem na twarzy.
„Mam osiemdziesiąt trzy, raz” – powiedział uroczyście licytator.
Następna cisza była ciężka. To była cisza zbliżającej się bitwy. Ptaki zdawały się przestawać śpiewać. Wiatr ucichł.
Ra powoli odwróciła głowę, by spojrzeć na tłum. Chciała to wszystko wchłonąć. Chciała zobaczyć zazdrość na ich twarzach. Jej wzrok powędrował od sąsiadów, od ciekawskich gapiów i spoczął na mnie.
Posłała mi spojrzenie, które zapamiętam do końca życia. To było spojrzenie czystej, nieskażonej wyższości. To spojrzenie mówiło: Na pewno myślałeś, że możesz z nami konkurować. Jesteś niczym. Jesteś duchem. Wróć do swojego cienia.
Kelsey się zaśmiała. To był krótki, ostry dźwięk.
„Mamo, zrobiłaś to” – wyszeptała.
„Dwa razy o 8:30” – powiedział licytator, unosząc młotek.
Drewno unosiło się w powietrzu.