Kiedy moje serce znów zaczęło bić, a pokój wypełnił się pięknym, nieustannym pikaniem pojazdu reanimacyjnego, pierwsze słowa mojej matki brzmiały: „Ile dodatkowo będzie kosztował pojazd reanimacyjny?”.
Kiedy moje serce przestało bić po raz drugi, po około piętnastu godzinach, Delphine wyszła z pokoju, żeby odebrać telefon. Ojciec stał przy oknie, nie patrząc na zespół medyczny próbujący reanimować moje serce, ale wpatrując się w parking, jakby planował drogę ucieczki.
Po trzecim zawale serca, siedemnaście godzin później, mieli już dość. Moje serce przestało bić na prawie dwie minuty, podczas gdy dr Cross i jej zespół próbowali przywrócić mi przytomność. Dźwięk tego niekończącego się, przenikliwego alarmu powinien ich przerazić. Zamiast tego, zirytował.
„Wiesz co?” – wykrzyknął ojciec, kiedy zespół medyczny w końcu przywrócił mi pracę serca. „Umieram z głodu. Jesteśmy tu cały dzień i i tak nic nie możemy zrobić”. „Chodźmy coś zjeść”.
Moja mama natychmiast wstała i chwyciła torbę, jakby czekała na pozwolenie na wyjście. „Wreszcie. Widziałam po drodze fajną knajpkę. Możemy wrócić za godzinę”.
Delphine była już w połowie drogi do drzwi. „Dzięki Bogu. Nudzę się śmiertelnie. I potrzebuję lepszego oświetlenia do mojej relacji na Instagramie o tym całym bałaganie”.
I nagle wyszli.
Podczas gdy leżałam tam podłączona do maszyn podtrzymujących życie, podczas gdy doktor Cross patrzył na nich z przerażeniem, podczas gdy pielęgniarki szeptały między sobą o najgorszym zachowaniu rodziny, jakiego kiedykolwiek były świadkami, moi krewni wyszli ze szpitala, żeby coś zjeść.
Byłam sama. Naprawdę, zupełnie sama. Umierałam na szpitalnym łóżku, podczas gdy moja rodzina kłóciła się o przekąski w jakiejś modnej restauracji w centrum miasta.
Pielęgniarki nie przestawały mnie obserwować, a ich spojrzenia z każdą wizytą stawały się coraz bardziej zaniepokojone. Doktor Cross przysunął krzesło do mojego łóżka i wziął mnie za rękę, co dało mi więcej pocieszenia niż moja własna rodzina w ciągu osiemnastu godzin.
„Czy jest ktoś jeszcze, do kogo moglibyśmy zadzwonić?” – zapytała cicho. „Ktoś, kto chciałby być z panią?”
Myślałam o tym, otępiała od leków i braku tlenu. Był ktoś. Ktoś, kto był w podróży służbowej. Ktoś, do kogo nawet nie zadzwoniłam, bo miał spotkania po drugiej stronie kraju. Ktoś, kto nawet nie wiedział, że jestem w szpitalu, bo moja rodzina uparła się, żeby wszystko załatwić sama.
Mój mąż, Damon Blackthorne. Ale on był trzy tysiące mil stąd, w Seattle, zajęty finalizowaniem umowy, która miała dodać kolejny miliard do jego i tak już ogromnej fortuny. Co on tam, u licha, mógł robić?
Wtedy to usłyszałam.
Dźwięk, który nie pasował do szpitala. Dźwięk, który sprawił, że zadrżały okna, a pielęgniarki podniosły wzrok znad swoich stanowisk pracy z zakłopotanymi minami. Grzmiący, rytmiczny stukot łopat śmigłowca zbliżał się i narastał, aż zdawało się, że samolot wyląduje prosto na dachu budynku.
A potem to zobaczyłam, przez okno pokoju 314. Opływowy, czarny śmigłowiec ze złotymi akcentami i logo Blackthorne Industries, lądujący niczym metaliczny ptak drapieżny na parkingu szpitalnym. Podmuch powietrza z łopat wirnika wprawiał samochody w kołysanie, a ludzie uciekali, szukając schronienia.
Dr Cross ze zdumieniem patrzył przez okno. „Czy to…?”
Z trudem wyszeptałam przez spuchnięte gardło: „Mój mąż”.
Moja rodzina myślała, że mogą po prostu pozwolić mi umrzeć w samotności. Myśleli, że jestem tylko kolejnym ciężarem, którego mogą się pozbyć, gdy tylko będzie im to niewygodne. Nie mieli pojęcia, że podczas gdy oni wybierali wina na kolację, Damon Blackthorne porywa swój prywatny helikopter i leci przez kraj, bo jeden z jego asystentów zadzwonił, żeby zapytać, jak się czuję, i nie mógł się z nikim skontaktować.
Nie mieli pojęcia, że niektórzy ludzie nie mierzą miłości pieniędzmi. Nie mieli pojęcia, że nie jestem żoną miliardera, ale mężczyzny, który przeniósłby góry, żebym nigdy nie została sama.
I absolutnie nie mieli pojęcia, że ich krótka przerwa obiadowa może okazać się najdroższym posiłkiem w ich życiu.
Rozdział 3: Przybycie
Śmigła śmigłowca wciąż się kręciły, gdy drzwi windy na końcu korytarza gwałtownie się otworzyły. Nawet przez otumanienie wywołane lekami usłyszałam szybkie kroki rozchodzące się echem po korytarzu, z celową nagłością, która przecinała szpitalny hałas niczym nóż.
Damon pojawił się w moich drzwiach, jakby wyszedł prosto z filmu. Nadal w swoim drogim garniturze za pięć tysięcy dolarów, który kupił w sali konferencyjnej w Seattle, z włosami potarganymi po locie helikopterem i dzikimi oczami pełnymi paniki, której nigdy nie widziałem.