Potwierdzenie dotarło do mojej skrzynki odbiorczej o 11:42. Temat: Rezerwacja w Rosewood Half Moon Bay. Twój pobyt rozpoczyna się w sobotę.
Zamknęłam laptopa, schowałam go do etui i postawiłam przy drzwiach. Potem wróciłam do kuchni i zrobiłam sobie drugą kawę, którą wypiłam, siedząc spokojnie na kanapie we wtorek rano, bez żadnych spraw na liście i bez oczekiwań.
Kanapa mnie wspierała, kawa stygła w dłoniach, a ja nie zaglądałam do poczty. W roku pełnym wtorków ten był pierwszym, który należał wyłącznie do mnie.
Oddzwoniłam do Joy o dwunastej w południe.
„Zarezerwowałam” – powiedziałam. „Jamajka. Tydzień ślubu”.
Pauza.
„Sprytnie”.
„Nie czuję się sprytnie. Mam wrażenie, że na coś czekam”.
„Tak” – powiedziała Joy. „Ale ona też”. Ona po prostu jeszcze o tym nie wie.
Pozwoliłam, żeby to do mnie dotarło na chwilę. Za moim oknem rozgrywał się popołudniowy rytuał ulic Tampy: cofający samochód dostawczy, dwójka dzieci na rowerach, zwyczajne życie toczące się własnym tempem.
„Zadzwonię, jak wyląduję” – powiedziałam.
„Zadzwoń do mnie z plaży” – powiedziała Joy.
Wczesnym rankiem na lotnisku w Tampie pachnie kremem do opalania i fast foodem, co jest albo typowo amerykańskie, albo typowo florydzkie, i w obu przypadkach działa na mnie uspokajająco. Stałam przy bramce o 7:00 rano w sobotę z bagażem podręcznym i żółtym notatnikiem, który przywiozłam na projekt dla klienta, którego i tak ostatecznie bym nie rozpoczęła.
Bramka była pełna ludzi w wakacyjnych ubraniach, z rozluźnionymi, przygnębionymi postawami ludzi, którzy mentalnie przylecieli gdzie indziej, czekając na samolot. Idealnie się wpasowałam, co samo w sobie było ulgą.
Mój telefon pokazywał siedemnaście nieodebranych połączeń, kiedy wsiadałam. Trzy od Patrice, dwie od Stacy i dwanaście od numeru, którego nie rozpoznałem, ale który później okazał się linią eventową Bayshore Grand. Przełączyłem telefon na tryb samolotowy i obserwowałem znikającą Tampę przez owalne okno.
Ośrodek w pełni spełnił oczekiwania przedstawione na zdjęciach, co nie zawsze jest prawdą w przypadku ośrodków. Światło na Jamajce pada płaskim i ciepłym wczesnym popołudniem, sprawiając, że wszystko wygląda na dopracowane i spokojne, tak jak popołudniowe światło działa na miejsca, które nie chcą być niczym innym, niż są.
Powietrze pachniało słoną wodą i czymś zielonym i ciężkim – kwiatami, których nie potrafiłem zidentyfikować – od ścieżki do głównego wejścia, a szum oceanu słychać było, zanim zdążyłem zobaczyć wodę, niską i rytmiczną na tle fal wybrzeża w tej konkretnej zatoce.
Mój pokój miał balkon z widokiem na wodę. Stał tam mały stolik z dwoma krzesłami, dokładnie taki jak na zdjęciu. Wstawiłam torbę do środka, poszłam prosto na balkon, usiadłam na jednym z krzeseł, zamówiłam poncz rumowy przez aplikację w telefonie i długo wpatrywałam się w ocean.
Woda miała kolor, jaki często widuje się na zdjęciach z Jamajki, co może wydawać się bezsensowne. Ale kiedy docierasz gdzieś i wszystko, co wszyscy fotografują, jest akurat tak niebieskie, następuje chwila lekkiej dezorientacji, potrzeba zmiany oczekiwań.
Mój telefon rozświetlił się na stoliku obok mnie. Na ekranie pojawiło się imię Stacy. Zobaczyłam, że włącza się poczta głosowa, potem imię Patrice, a potem numer do biura Bayshore Grand. Wyłączyłam wszystkie trzy numery i wróciłam do oceanu.
Pod koniec pierwszego dnia miałam czternaście nieodebranych połączeń i nie liczyłam ich świadomie. Numer był po prostu na pasku powiadomień – mała czerwona ikonka, którą widziałam kątem oka za każdym razem, gdy sięgałam po telefon, żeby sprawdzić godzinę lub zamówić coś przez aplikację hotelową.
Przeczytałem książkę, którą ściągnąłem przed lotem – powieść, której akcja rozgrywa się na wybrzeżu Maine, autorstwa autora, którego chciałem przeczytać od dwóch lat, ale jakoś nigdy mi się nie udało. Czytałem przez dwie godziny w popołudniowym świetle na balkonie, z niedopitym ponczem rumowym obok, i przed kolacją skończyłem trzy rozdziały. Styl był dobry. Ktoś włożył mnóstwo przemyśleń w zdania. Doceniam to teraz, ponad tydzień wcześniej.
Zjadłem samotnie przy małym stoliku nad wodą. Zamówiłem coś z krewetkami i limonką, lokalne danie z sosem, którego nie potrafiłem skojarzyć i którego nawet nie próbowałem znaleźć. Zjadłem wszystko i delektowałem się. Zamówiłem drugą lampkę wina i wypiłem ją do końca. Siedziałem przy tym małym stoliku nad wodą przez czterdzieści minut po otrzymaniu rachunku, słuchając szumu oceanu uderzającego o skaliste wybrzeże – dźwięku innego niż ten z Zatoki Meksykańskiej, z którym dorastałem. Bardziej wyrazistego i perkusyjnego. Dźwięku pracy, a nie odpoczynku.
Spałem osiem godzin. Nie byłbym w stanie