„Nigdy wcześniej tego nie widziałem” – wyszeptał. „To nie jest jeden z jej zwykłych leków”.
Żadne z nas nie rozpoznało leku, ale to śmiałe ostrzeżenie brzmiało groźnie – wręcz oskarżycielsko.
I oboje zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jest zimny:
Jeśli ten lek był niebezpieczny… I jeśli pochodził sprzed udaru… To ktoś go ukrył.
Albo, co gorsza,
ktoś nie chciał, żebyśmy wiedzieli o jego istnieniu.
Mark siedział przy kuchennym stole, obracając butelkę w palcach raz po raz, z mocno zaciśniętą szczęką. W salonie Sophie lekko się zarumieniła, zupełnie nieświadoma burzy, która wokół nas się zbierała.
„Claire” – powiedział Mark niepewnie – „ten lek… Jest silny. Sprawdziłem w słowniku. Stosuje się go na przewlekłe zaburzenia nerwowe. U mamy nigdy nie zdiagnozowano niczego takiego”.
„Nigdy nie wspominała o bólu” – dodałem. – „Ani nie prosiła o nowy lek”.
„I data” – dodał Mark, stukając w wyblakłą etykietę. „Wypełniono ją zaledwie dwa miesiące przed udarem. Mniej więcej wtedy powtarzała, że czuje się „dziwnie”. Nie chora – tylko zmęczona, otumaniona”.
Dreszcz przeszedł mi po plecach.
„A co, jeśli objawy nie były spowodowane udarem… ale tym?”
Ta możliwość wisiała w powietrzu jak burzowa chmura. Przez lata myśleliśmy, że udar Lindy był nagły i nieunikniony. Ale co, jeśli prawda była bardziej skomplikowana? Co, jeśli ktoś – celowo czy nie – wyrządził jej krzywdę?
„Nie możemy jeszcze niczego zakładać” – powiedziałam w końcu. „Porozmawiajmy z jej lekarzem”.