Sandra rozdarła pierwszą stronę na pół.
Dźwięk łzy mnie sparaliżował.
„Co ty robisz?” Rzuciłam się na teczkę, ale ona mi ją wyrwała, rozrywając na strzępy inne strony – wyniki badań laboratoryjnych, notatki o lekach, daty wizyt – mrucząc: „Używasz dokumentów tak, jak inne kobiety używają łez”.
Złapałam ją za nadgarstek. Uderzyła mnie tak mocno, że aż odskoczyłam na bok.
W pokoju rozległy się jęki zdumienia.
Zanim zdążyłam się otrząsnąć, odepchnęła mnie. Moje ramię uderzyło o ścianę, przeszył mnie palący ból. Teczka upadła, a papiery rozsypały się wszędzie. Sandra wskazała na mnie i syknęła: „Nie wykorzystasz tego dziecka, żeby kontrolować mojego syna”.
W pokoju zapadła cisza.
Wtedy młoda kobieta z telefonem wstała, wpatrzyła się w Sandrę i powiedziała słowa, które pozbawiły ją wszelkich barw:
„O mój Boże… Transmisja na żywo”.
Część 2
Przez pełne trzy sekundy nikt się nie poruszył.
Dłoń Sandry zawisła w powietrzu. Siedziałam przyciśnięta do ściany, oszołomiona, jedną ręką ściskając ramię, a drugą instynktownie chroniąc brzuch.
Papiery walały się po podłodze jak fragmenty czegoś, co próbowałam utrzymać w całości od miesięcy. Recepcjonistka stała za biurkiem. Z korytarza wbiegła pielęgniarka.
A młoda kobieta z telefonem w dłoni – jak się później dowiedziałam, miała na imię Brooke – patrzyła na nas z przerażeniem na twarzy kogoś, kto przypadkowo uchwycił moment, w którym spadła maska.
Sandra otrząsnęła się pierwsza.
„Wyłącz to” – warknęła.
Brooke się nie poruszyła. „Właśnie ją uderzyłaś”.