To był drugi cios. Grace głęboko wierzy, że głód to niedopuszczalna niedogodność, którą można rozwiązać dzięki czystej determinacji i całemu rękawowi krakersów. „Nie do końca” oznaczało, że coś aktywnie odebrało jej apetyt.
„Dobrze” – powiedziałam, wymuszając lekki ton. „Jeśli zmienisz zdanie, zostawię talerz przykryty na blacie”.
Kolejna pauza. „Okej.”
Zerknęłam przez ramię na Michaela, który wycofał się do salonu i przeglądał telefon, jakby na świecącym ekranie znajdowały się odpowiedzi na pytania o wszechświat. Podniósł wzrok, dostrzegł mój ponury wyraz twarzy i natychmiast położył urządzenie ekranem do dołu na stoliku kawowym. Sam ten gest był na tyle rzadki, że przyprawił mnie o zimny dreszcz przerażenia.
Jedliśmy przy kuchennym stole w ciszy, tylko we dwoje. Trzecie krzesło stało boleśnie puste. Co jakiś czas słyszałam jakiś ruch z pokoju Grace – wysuwanie szuflady, skrzypienie desek podłogowych. Potem znowu cisza. Po kolacji umyłam naczynia z agresywną, wręcz brutalną skutecznością. Michael chwycił ręcznik, żeby wysuszyć. Znałam jego strategię; jeśli pozostawał w ciągłym ruchu, nie musiał siedzieć bez ruchu z ciężkim, nienazwanym strachem panującym w naszej kuchni.
Wycierając ręce w fartuch, wróciłam na korytarz i zapukałam ponownie. „Grace? Mogę wejść?”
Długo i boleśnie trwała cisza, zanim cichy, łamiący się głos odpowiedział: „Tak”.
Pchnęłam drzwi. Siedziała na samym środku materaca, z kolanami podciągniętymi do piersi, wpatrując się w przypadkowy punkt na dywanie, jakby próbowała rozwiązać wzrokiem skomplikowane równanie algebraiczne.