Delikatnie przycisnęłam ucho, jakby drzwi mogły mnie ugryźć w każdej chwili.
„Nie mogę uwierzyć, jakie to proste” – powiedziała Margaret radosnym, wręcz entuzjastycznym głosem. „Ten stary głupiec naprawdę myśli, że jestem w spa”.
Mężczyzna zaśmiał się razem z nią. Głos doktora Prescotta brzmiał łagodnie i rozbawiony.
„Wyszłaś za niego dla pieniędzy” – powiedział. „Teraz dostajesz wszystko”.
Śmiech Margaret stał się chłodniejszy. „Samo ubezpieczenie na życie to osiemset tysięcy” – powiedziała. „Do tego dom, oszczędności, emerytura. Prawie dwa miliony, kiedy wszystko się ułoży”.
Ścisnęło mnie w żołądku.
„A jesteś pewna, że tabletki zadziałają?” – zapytała Prescott.
Ton Margaret stał się bardziej stanowczy. „Małe dawki. Wystarczające, żeby z czasem osłabić jego serce. Już ma zawroty głowy, mdłości i dezorientację. Wszyscy pomyślą, że to normalne”. »
Zatrzymała się na chwilę, a potem powiedziała coś, co zmroziło mi krew w żyłach.
« Digoksyna. »
Mój lekarz odpowiedział z satysfakcją: « Nie będą w stanie tego namierzyć. »
W głosie Margaret słychać było niemal czułe słowa. « Kochanie, jesteś geniuszem. »
Zatoczyłem się do tyłu w drzwiach, jakby ktoś mnie popchnął.
Zmąciło mi się w oczach. Moja żona, z którą byłem żonaty przez trzydzieści pięć lat, planowała moją śmierć razem z moim lekarzem, jakby to był plan wakacyjnych podróży.
Szukałem telefonu, drżącymi rękami.
Marcus odpowiedział natychmiast. « Powiedz, że cię nie ma w pokoju. »
«Jestem na zewnątrz», wyszeptałem. «Słyszałem ich. Ona mnie zabije. Powiedzieli, że to digoksyna.»
«Odejdź od tych drzwi», warknął Marcus. «Natychmiast. Idź do holu. Bądź widoczny. – Nie rób niczego bohaterskiego.
Zmusiłem się do ruchu.
Kiedy dotarłem do holu, czułem się, jakby moje ciało należało do kogoś innego. Opadłem na krzesło przy recepcji, udając, że przeglądam telefon, udając, że moje życie się nie wali.
Marcus przybył dwadzieścia minut później – niski, krępy, siwe włosy, oczy ostre jak potłuczone szkło. Usiadł obok mnie, jakbyśmy byli starymi znajomymi i mówił cicho.
„Już zadzwoniłem na policję” – powiedział. – „Ale potrzebujemy czegoś wodoszczelnego. Twoje słowo się liczy. Nagranie dźwiękowe pomaga jeszcze bardziej”.
Wpatrywałem się w niego. „Możesz je nagrać?”
Kąciki ust Marcusa drgnęły. „Mam kilka sposobów. I dałem do tej sprawy detektyw Sarah Morrison. Ona jest w tym dobra.»
Detektywi przybyli – po cywilnemu, ze spokojnymi twarzami – i wysłuchali mojej historii bez sceptycyzmu, którego się obawiałam. Nie śmiali się. Nie zbyli Sophie. Zadawali konkretne pytania, robili notatki i patrzyli na zdjęcie Margaret i Prescotta, jakby potwierdzało coś, co już podejrzewali.
Detektyw Morrison spojrzała na mnie. „Z tym, co mamy, możemy ją aresztować” – powiedziała. „Ale jeśli przyłapiemy ją na podawaniu leków, sprawa będzie niepodważalna”.
Dostałam gęsiej skórki. „Chcesz, żebym poszła do domu”.
„Chcemy, żebyś zachowywała się normalnie” – powiedziała cicho. „Weź wszystkie tabletki, które ci da. Nie połykaj ich. Mamy kamery. Masz przycisk alarmowy. Obserwujemy cię”.
Myśl o leżeniu obok Margaret w naszym łóżku przyprawiała mnie o mdłości. Wtedy zobaczyłam przed sobą twarz Sophie – odważną, przerażoną, szczerą – i zdałam sobie sprawę, że odwaga to nie brak strachu. To robienie tego, co słuszne, gdy strach krzyczy.
„Zrobię to” – powiedziałam.
Detektyw Morrison skinęła głową. „Dobrze” – powiedziała. „W takim razie zamkniemy to”.
Wrót do domu przypominał wejście do domu, który już zamienił się w miejsce zbrodni, tylko że przestępca wciąż tam mieszkał.
Dali mi zegarek, który wyglądał zwyczajnie, ale miał przycisk paniki pod klamrą. Policja umieściła małe kamery w sypialni, kuchni i na korytarzu przed gabinetem, gdzie Margaret lubiła dzwonić. Marcus zaparkował furgonetkę za rogiem z monitoringiem; wszystko było monitorowane na ekranach, jakbyśmy puszczali film, którego nikt nie chciał oglądać.
Detektyw Morrison ćwiczyła ze mną ten plan, jakby uczyła kogoś pływać.
„Zachowuj się, jakby nic się nie stało” – powiedziała. „Mów spokojnie”. Niech wierzy, że panuje nad sytuacją.
„Jak to zrobić?” – zapytałem głosem mężczyzny pytającego, jak oddychać pod wodą.
Spojrzenie Morrison złagodniało. „Skup się na pracy” – powiedziała. „Nie na zdradzie. Tylko na pracy”.
Więc tak zrobiłem.
Wysłałem Margaret kłamstewko, które wymyśliła Morrison: że upadłem w kuchni i zraniłem się w biodro, że wszystko mnie boli i jestem zdezorientowany, i że nie chcę zawracać głowy Catherine, bo jest zajęta.
Nacisnąłem „Wyślij” i czekałem.
Margaret odpisała po kilku minutach.
Och, Thomasie, wracam wcześniej do domu. Zostań na miejscu. Nie rób niczego głupiego.
Wiadomość przyprawiła mnie o gęsią skórkę. Nawet jej troska brzmiała, jakby przejmowała nad nią kontrolę.
Dotarła.