A potem był mój mąż, Miguel. Wpatrywał się w ciężki wózek inwalidzki, który ściskałam w dłoniach, po czym rzucił mi przerażone spojrzenie, a w końcu jego wzrok spoczął na wątłej kobiecie siedzącej w nim. Jego matce.
Carmen skuliła się pod wyblakłym, poplamionym tabletkami niebieskim polarowym kocem, którym skrupulatnie otulałam jej wątłe kolana każdej nocy. Jej srebrne włosy były starannie uczesane, a lawendowy kardigan perfekcyjnie zapięty. Jej pomarszczona twarz rozświetlała krucha, wzruszająca radość starszej kobiety, która szczerze wierzyła, że została zabrana na radosną wizytę do ukochanego syna. Spoglądała na przemian to na poszarzałą twarz Miguela, to na posągową, przerażoną młodą kobietę w kuchni, posyłając jej delikatny, drżący uśmiech. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z nagłego spadku ciśnienia w pomieszczeniu.
„Mijo” – mruknęła Carmen, jej głos brzmiał chrapliwie, szurając nogami, ale kipiał bezwarunkowym ciepłem. „Wyglądasz na takiego zmęczonego, mój chłopcze”.
Gardło Miguela zacisnęło się, gdy przełknął coś ostrego. Żyła na jego skroni zaczęła pulsować szaleńczo.
„Czy ty kompletnie oszalałeś?” syknął, podchodząc do mnie. Zniżył agresywnie głos, naiwnie wierząc, że szept może jakoś złagodzić katastrofalną powagę sytuacji. „Nie możesz jej tu po prostu przywlec”.