Rozdział 1: Krawędź Lodowca
Dokładnie w chwili, gdy zamach stanu w końcu się skrystalizował, tego ranka, gdy żona mojego syna próbowała mnie mimochodem wyprosić z mojej własnej świątecznej uczty, sznurki mojego posypanego mąką fartucha wciąż ciasno owinięte były wokół mojej talii. Nie spałem od czarnej jak smoła godziny czwartej trzydzieści. Czterofuntowa szynka w miodzie już wytapiała tłuszcz w piekarniku, wypełniając powietrze ciężkim, intensywnym zapachem goździków i pieczonego mięsa. Krem cytrynowy – głęboko cierpki, słonecznożółty miks, którego ubijania nauczyła mnie matka – stygł na granitowym blacie kuchennym. Wycierałem do czysta tę konkretną płytę kamienia każdego dnia przez trzydzieści jeden lat.