Daniel był zwalniany, ponownie zatrudniany i znowu zwalniany. Ciągle się przeprowadzał i zmieniał dziewczyny, jakby próbował uciec przed zapachem, którego nie mógł wyczuć. Moi rodzice powiedzieli sąsiadom, że „uciekłem”, że byłem „niestabilny od dawna”. Mówili to z ostrożnym smutkiem, charakterystycznym dla ludzi, którzy pragną litości dla swoich czynów.
Miesiącami tłumiłem w sobie chęć, by ich poprawiać. O trzeciej nad ranem napisałem sto listów do stu osób, które nie przejmowały się tym tak bardzo jak ja. Usunąłem je wszystkie.
Kłamstwo, którym żyli, było siecią, którą sami utkali. Gdybym je wyprostował, tylko mocniej owinęłoby się wokół mojej szyi.
Pozwoliłem im je zatrzymać. Pozwoliłem im zatrzymać swoją wersję, bo to był jedyny dom, na jaki ich było stać. Teraz są do niego przywiązani, jak bluszcz czepiający się ściany – piękny z daleka, ale trujący i niszczycielski z bliska, dokładnie taki, jakiego potrzebują, by przetrwać.
Część V – Kaseta pod łóżkiem
Sześć miesięcy po kolacji, w dniu, gdy morze głośno szumiało, a radio grało piosenki z dekady, którą przeżyłem, sięgnąłem po kasetę.
Chwyciłem ostatnie pudełko, udając, że go nie widziałem. W środku, pod swetrem, który ocierał mi skórę jak wspomnienie, leżał stary, rodzinny aparat fotograficzny.
Wstrzymałem oddech, jak to się robi, dotykając delikatnych rzeczy, które mogą zniszczyć człowieka.
Kaseta była już w środku. Włożyłem ją do etui, które kupiłem w sklepie z używanymi rzeczami od mężczyzny, który twierdził, że należy do szkoły. Nagranie na chwilę zamigotało, a potem ucichło. Boże Narodzenie 2002 roku. Salon wciąż wyglądał tak pusto, jakby winda przeskoczyła piętro. Piętnastoletni Daniel otworzył pudełko i uniósł skórzaną kurtkę jak trofeum. Jego matka bił brawo. Ojciec śmiał się jak ktoś, kto coś wygrał.