Między nimi zawisła cisza jak ciężar, niemal namacalny. Michael zrozumiał, że jeszcze sekunda — i ona po prostu wyjdzie, zostawiając go samego z porażką.
— To nie to, o czym pani pomyślała — wydusił. — Potrzebuję formalnego małżeństwa. Kontrakt na rok. Bez zobowiązań. Zapłacę tyle, że nie będzie pani musiała tu więcej pracować.
Sara patrzyła na niego długo, jakby sprawdzając nie słowa, lecz człowieka za nimi.
— Chce pan uratować reputację — powiedziała cicho. — A ja mam stać się dekoracją?
Po raz pierwszy nie znalazł gotowej odpowiedzi.
— Nie boję się samotności — przyznał w końcu. — Boję się wyglądać na słabego.
— Słabość to gotowość kupienia człowieka zamiast bycia szczerym — odpowiedziała i wyszła.
Dziesięć minut później zszedł do ogrodu i odwołał ceremonię. Kamery nagrywały, goście szeptali, matka patrzyła chłodno, lecz on mówił spokojnie i wprost. Po raz pierwszy bez kalkulacji i bez gry.
W kolejnych dniach niespodziewanie często wspominał Sarę. Jedyną osobę, która nie sprzedała się za oferowane miliony i wybrała godność. Jej spokojne spojrzenie nie dawało mu spokoju bardziej niż jakiekolwiek nagłówki.
Tydzień później znów znalazł się w tym samym hotelu, już bez prasy i świty. Widząc ją w holu, podszedł bez pośpiechu.
— Teraz bez kontraktów — powiedział łagodnie. — Czy mogę zaprosić panią na kolację?
Sara spojrzała uważnie, jakby sprawdzając, czy naprawdę się zmienił. I tym razem nie spieszyła się z odejściem.