Ale to wystarczy.
Winna za oszustwo finansowe powiązane ze spiskiem.
Winna za napaść zaostrzoną i bezprawne przetrzymywanie matki.
Winna za utrudnianie śledztwa w związku z wznowioną sprawą o zabójstwo.
Niewinny z powodu umyślnego morderstwa, choć ława przysięgłych potwierdza, że śmierć twojego ojca była w znacznym stopniu wynikiem manipulacji i skoordynowanego ukrywania.
Wystarczy do więzienia.
Wystarczy do przepadku.
Wystarczy, by publiczny mit Veróniki Rivery, wytwornej dobroczyńczyni, eleganckiej wdowy w trakcie szkolenia, umarł w pokoju, gdzie prawda ostatecznie przeważyła nad pięknem.
Po ogłoszeniu wyroku reporterzy znów cię ścigają.
Tym razem się zatrzymujesz.
Nie dla nich. Dla siebie.
Ktoś pyta: „Czy czujesz, że sprawiedliwości stało się zadość?”
Myślisz o drzewie. O łańcuchu. O ojcu na mokrej od deszczu drodze dziesięć lat wcześniej. O nadgarstkach twojej matki. O tym, jak najpierw się uśmiechnęła, zamiast płakać, gdy cię zobaczyła.
Potem odpowiadasz.
„Myślę, że prawda w końcu dopadła”, mówisz. „Sprawiedliwość będzie tym, co zbudujemy później”.
Ten cytat będzie cię ciągnął za sobą miesiącami.