Rankiem, w dniu baby shower mojej siostry Stephanie, stałam przed szafą niczym generał rozglądający się po polu bitwy, wiedząc, że zaraz wpadnę w zasadzkę.
Moje mieszkanie, przestronny loft w centrum miasta z oknami od podłogi do sufitu, z widokiem na panoramę Chicago, zazwyczaj służyło mi za sanktuarium. Było fizycznym ucieleśnieniem mojego sukcesu – surową, industrialną przestrzenią, którą przekształciłam w wyrafinowaną przystań, opisaną w magazynie „Architectural Digest”. Każda faktura, każdy odcień i każdy mebel odzwierciedlały mój wybór. Cassie Anderson Interiors to nie tylko firma; to była moja tożsamość. Podczas gdy moi przyjaciele spędzali dwudziestki i wczesne trzydziestki, zmagając się z przewijaniem pieluch i oprocentowaniem kredytów hipotecznych na przedmieściach, ja budowałam imperium od podstaw.