Ale dziś moja pewność siebie wydawała się krucha jak antyczny szklany wazon na kominku.
W końcu zdecydowałam się na różową sukienkę midi – wystarczająco modną, by podkreślić mój status zawodowy, ale jednocześnie wystarczająco skromną, by uniknąć oskarżeń o próbę przyćmienia przyszłej mamy. Nie daj Boże, żebym przyćmiła Stephanie w dniu jej koronacji.
Mój telefon zawibrował na marmurowej wyspie. SMS od mamy: Nie zapomnij o prezencie. Stephanie jest zarejestrowana w czterech sklepach. Proszę być punktualnie.
Zerknęłam na starannie zapakowaną paczkę na ladzie. W środku znajdowało się luksusowe, ergonomiczne nosidełko dla dziecka, które kosztowało więcej niż moja pierwsza rata za samochód. Było praktyczne, stylowe i sprawdzone naukowo – wszystko, co Stephanie zazwyczaj twierdziła, że ceni. Jednak gdy chwyciłam kluczyki, poczułam w żołądku ciężki węzeł strachu. W oczach rodziny Andersonów nic, co robiłam, nigdy nie było do końca godne uwagi.
Stephanie była dwa lata młodsza, a mimo to z powodzeniem wyrobiła sobie pozycję złotego dziecka w rodzinie. Była pediatrą, żoną chirurga o imieniu David, mieszkała w domu w stylu kolonialnym z białym płotem, a teraz, zgodnie z planem, rodziła pierwszego wnuka. Moi rodzice nigdy wprost nie powiedzieli, że preferują jej życiowe wybory, ale cisza, która nastąpiła po moich opisach projektów zawodowych, kontrastująca z entuzjastycznymi brawami dla domowych kamieni milowych Stephanie, mówiła sama za siebie.
„Sześć godzin” – wyszeptałam do swojego odbicia w lustrze na korytarzu. „Musisz po prostu przetrwać te sześć godzin”.
Dojazd do Rosewood Gardens zajął mi czterdzieści minut, czas, który poświęciłam na ćwiczenie obrony przed nieuniknionym przesłuchaniem. Skupiam się na swojej firmie. Nie pojawiła się jeszcze odpowiednia osoba. Właściwie jestem całkiem szczęśliwa, dziękuję.
Kiedy dotarłam na miejsce, wyglądało, jakby eksplodowała tablica na Pintereście. Białe róże i gipsówka zdobiły każdą powierzchnię, a nad wejściem wisiał baner z napisem „Witamy małego Jamesa” napisanym kaligrafią tak perfekcyjną, że wyglądała jak zrobiona maszynowo. Zaufaj Stephanie, że zadba o życie, które z zewnątrz wygląda na nieskazitelne.
Uśmiechnęłam się i weszłam do środka. Natychmiast dostrzegłam mamę kierującą personelem cateringu z precyzją sierżanta. Podbiegła, omijając wzrokiem moją twarz, by przyjrzeć się prezentowi, który trzymałam w dłoniach.
„Cassandro, spóźniłaś się piętnaście minut. Wszyscy już są”. Uniosła rękę i odgarnęła mi kosmyk włosów z skroni – nawyk z dzieciństwa, który sprawił, że miałam ochotę krzyczeć. „Stephanie pytała o ciebie”.
„Korek” – skłamałam, pomijając fakt, że trzy razy okrążyłam blok, żeby uspokoić nerwy.
„To miejsce wygląda pięknie, prawda?” rozpromieniła się mama, wskazując gestem na salę. „Stephanie wszystko sama zaplanowała, nawet przy napiętym grafiku w szpitalu. Taka zorganizowana dziewczyna”.
Sugestia wisiała w powietrzu: W przeciwieństwie do ciebie.
Skinęłam głową i wtopiłam się w tłum. Rozpoznałam ciotki, kuzynki, koleżanki Stephanie ze studiów medycznych i dawnych sąsiadów. Ciocia Margaret zatrzymała mnie, zanim zdążyłam dotrzeć do stacji mimosa.
„Cassandro, kochanie!” Otuliła mnie obłokiem mdłych, kwiatowych perfum. „Wyglądasz cudownie. Masz już jakiegoś wyjątkowego mężczyznę w życiu?”
I tak się zaczęło.
„Nie w tej chwili, ciociu Margaret. Moje interesy pochłaniają mnie niesamowicie.”
„Och.” Jej uśmiech zbladł, zastąpiony przez współczujący grymas. „No cóż, nie czekaj za długo. Dobre numery szybko się rozchodzą po trzydziestce.”
Wyplątałam się i w końcu dotarłam do Stephanie. Siedziała na pluszowym, aksamitnym fotelu, ozdobionym niebiesko-białymi serpentynami, przypominającym tron. Wyglądała niewątpliwie promiennie w jasnoniebieskiej sukience ciążowej, opiekuńczo opierając dłoń na swoim siedmiomiesięcznym brzuszku.
„Dotarłaś” – powiedziała Stephanie, przyjmując mój obowiązkowy uścisk. „Zaczynałam już myśleć, że nie przyjdziesz”.
„I przegapisz baby shower mojej jedynej siostry? Nigdy w życiu”. Podałam jej prezent.