Podano pierwsze danie. I Sirene też.
Podeszła do mojego stolika z kieliszkiem szampana w dłoni i uśmiechem, który przekonałby większość obecnych, że wpada tylko sprawdzić, co u młodszej siostry i czy ja też mam na to ochotę. Pochyliła się lekko, tak blisko, że jej włosy dotknęły mojego ramienia.
„Ciesz się, póki czas” – mruknęła.
Spojrzałem na nią.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, ku uciesze osób obserwujących ją z sąsiednich stolików.
„To ostatni raz, kiedy będziesz w centrum uwagi”.
Jej głos pozostał ciepły, przyjemny, niemal czuły. To był dar Sirene. Potrafiła wbić w niego nóż, nie uszkadzając materiału.
Odwzajemniłem uśmiech.
„Na głos” – powiedziałem lekko. „Zawsze wolałem widok z linii bocznej. Stamtąd widać cały mecz”.
Na pół sekundy jej uśmiech stwardniał. Potem jej wyraz twarzy znów złagodniał i roześmiała się, jakbym powiedziała coś czarującego, po czym wróciła do stolika, przy którym miała usiąść.
Obserwowałam, jak odchodzi, a potem rozejrzałam się po sali.
Kuzyn przy sąsiednim stoliku uśmiechnął się do wina. Ciotka udawała zafascynowaną aranżacją przed sobą. Przyjaciółka rodziny, którą mgliście znałam z imprez charytatywnych, patrzyła na mnie otwarcie z żywą ciekawością kobiety, która wyczuwa historię, ale jeszcze nie do końca zna jej formę.
Dobrze, pomyślałam. No dalej, spójrz.
Kolacja była podawana w częściach.
Sałatka, której ledwo tknęłam.
Ryba stygła na porcelanie, a rozmowy wokół mnie rozkwitały i znów ucichły.
Drzwi kuchenne westchnęły i zatrzasnęły się. Trio jazzowe przeszło na coś spokojniejszego. Po drugiej stronie sali moi rodzice zmieniali gości, niczym doświadczeni gospodarze, którzy wiedzieli, jak kontrolować wpływy. W końcu, w połowie przystawki, zobaczyłam leżący tam magazyn.
Jeden ze wspólników mojego ojca zostawił ją otwartą na stoliku kawowym. Błyszcząca. Lokalna. Taka miejska gazeta, która publikuje profile „nowoczesnych głosów” i „rodzin kształtujących przyszłość regionu”. Dwa tygodnie wcześniej jeden z ich redaktorów zadzwonił do mnie w sprawie mojego projektu dyplomowego z inżynierii środowiska – mojego modelu odnowy rzek, badań terenowych, systemu pilotażowego, który pomogłem zbudować, aby zmniejszyć zanieczyszczenie ściekami miejskimi w dopływach cieśniny. Przeprowadził ze mną prawie godzinny wywiad. Zadał doskonałe pytania. Wydawał się szczerze zainteresowany.
Raport był tam. Cała strona. Wykresy. Zdjęcia.
Przypisanie autorstwa pod artykułem nie było moje.
Autor: Sirene.
Przez chwilę pokój zdawał się przechylać.
Nikt inny przy moim stole tego nie zauważył, bo nikt inny przy moim stole nie wiedział, na co patrzę. Wstałem, spokojnie przeszedłem przez pokój i zatrzymałem się dokładnie pod kątem prostym, aby zobaczyć całe dzieło sztuki, udając, że tylko je minąłem.
Jeden z kolegów mojego ojca zwrócił się do mnie z uśmiechem.
„Praca twojej siostry jest imponująca” – powiedział. „Nie miałem pojęcia, że jest tak zaangażowana w nauki o środowisku”.
Trzymałem twarz otwartą.
„Tak” – odparłem. „Zawsze miała wielki talent do prezentacji”.
To było najłagodniejsze stwierdzenie, jakie mogłem wygłosić, ale mimo wszystko prawdziwe.
Zaśmiał się uprzejmie, nie słysząc ostrego tonu.
Mój ojciec też.
Po drugiej stronie stołu Grady lekko zacisnął szczękę. Jego wzrok błądził od mojej twarzy do magazynu i z powrotem. Sirene kontynuowała rozmowę z redaktorem obok siebie, a jej zadbana dłoń spoczywała na stronie, na której powinno być moje nazwisko.
Mogłem w tym momencie przerwać całą dyskusję. Mogłem podejść do redaktora, wziąć magazyn i zapytać go przy wszystkich, czy jego zdaniem nie zauważę własnych notatek. Mogłem stworzyć schludną, publiczną scenę.
Zamiast tego odwróciłem się.
Nie dlatego, że byłam słaba. Ale dlatego, że spędziłam wystarczająco dużo czasu w tej rodzinie, by poznać mechanizmy ich mocy. Jeśli zareaguję zbyt wcześnie, to ja będę tą, która się wzruszy. Zazdrosna młodsza siostra, która zrujnowała własne przyjęcie, bo nie mogła znieść, że nie jest w centrum uwagi. Liczyli na wyczucie czasu. Na narastanie napięcia. Na to, że sprawią, że będę krwawić drobnymi, widocznymi sposobami, aż w końcu wybuchnę tak gwałtownie, że nazwą to niestabilnością.
Nie.
Jeśli i tak miałam się ruszyć, chciałam, żeby to miało sens.
Wróciwszy do mojego stołu, zobaczyłam, że Hollis mnie obserwuje.
Powiedzieli cicho: „To był twój projekt”.
„Tak”. »
« Czy wiedzą, że to widziałeś? »
„O tak”.
Hollis spojrzał na stół, a potem z powrotem na mnie. « Mam zacząć nagrywać? »
Wzięłam łyk wody. « Jeszcze nie. Ale bądź czujna. »
Uśmiechnęli się bez cienia