Brakujące nazwisko we wstępie. Odizolowana tabela. Pominięcia w pokazie slajdów. Skradziony artykuł z magazynu. Kłamstwo o czesnym. Szepty. Moment zaproszenia.
Spiętrzyły one moje spostrzeżenia jak cegły.
A gdzieś pod tym wszystkim poczułam, że coś mrocznego się budzi.
To uczucie początkowo nie wynikało z konkretnego wydarzenia, ale ze sposobu, w jaki moi rodzice nieustannie mnie obserwowali, nawet gdy myśleli, że nie patrzę. Ze sposobu, w jaki Veila, koordynatorka wydarzenia, zdawała się krążyć wokół nich z niezwykłą uwagą. Ze sposobu, w jaki Sirene nie wyglądała już triumfalnie, lecz z oczekiwaniem.
Kiedy talerze z deserem zostały zabrane, zobaczyłam Grady'ego podchodzącego i stającego blisko Veili. Potem dołączyła do nich Noella. Pochylili ku sobie głowy. Veila skinęła głową, rzuciła mi spojrzenie i ruszyła w stronę korytarza.
Spojrzałam na Hollis.
„Idę pieszo”.
„Idę”.
„Nie. Jeśli się nie mylę, potrzebuję jednej osoby, której tam nie było”.
Hollis zrozumiał natychmiast. „Telefon skończony”.
Korytarz obsługi obok sali balowej był ciemniejszy, obramowany oprawionymi czarno-białymi pejzażami miejskimi, które miały nadać hotelowi kulturowy charakter. Gdzieś dalej brzęczały tace. Ktoś śmiał się przy zmywaniu. Szedłem cicho, aż dotarłem do na wpół uchylonych drzwi małego pomieszczenia obsługi.
Głosy dobiegały zza drzwi.
Najpierw mój ojciec.
„Tylko dopilnuj, żeby to wypiła. Bez zamieszania. Bez problemu”.
Poczułem chłód.
Mama odpowiedziała ciszej i szybciej: „Zaraz się skończy. Będzie tylko trochę słabo wyglądać od szampana”.
Potem rozległ się głos Veili. „Toast wzniosę po deserze. Niech zostanie przy stole”.
Stałem zupełnie nieruchomo. Cisza w moim ciele nagle stała się całkowita, taka, jaka pojawia się tylko wtedy, gdy instynkt postanawia przejąć kontrolę nad myśleniem.
Nie wpadłam jak burza przez drzwi. Nie złapałam oddechu. Nie skonfrontowałam się z nimi.
Cofnęłam się o krok.
A potem o dwa.
Kiedy skręciłam za róg, Hollis już tam stał z szeroko otwartymi oczami.
„Słyszałeś?”
Skinęłam głową.
„Mam większość”, wyszeptali, unosząc telefon.
Dobrze.
Dowody w kieszeni.
Tak mawiał jeden z moich profesorów w sprawach o oszustwa korporacyjne. Nigdy nie wdawaj się w konflikt bez dowodów w kieszeni i bez prawdy gdzieś publicznie zapisanej, żeby po prostu nie zniknęła.
Kiedy wróciliśmy na salę balową, miałam na twarzy ten sam spokojny uśmiech, który towarzyszył mi przez cały wieczór. Cokolwiek wprawili w ruch moi rodzice, zakładali, że pozostanę tym samym dzieckiem, którym mnie zawsze wychowywali: zranionym, reaktywnym, wdzięcznym za okruchy, wciąż zdumionym ich okrucieństwem, jakby to było coś nowego.
Nie wzięli pod uwagę, że dorosnę, a jednocześnie coraz bardziej widocznie okazywali miłość do mojej młodszej siostry.
Wkrótce potem byłam świadkiem kolejnej kradzieży, której właściwie mogłam się spodziewać, ale która i tak dotknęła mnie do szpiku kości.
Sirene stanęła przy jednym ze stołów w centrum i wręczyła prezent profesorowi Mallory'emu, opiekunowi naukowemu, który pomagał mi w mojej pracy dyplomowej. Uśmiechnął się serdecznie, rozpakowując go.
Pierwsze wydanie w skórze.
Znałam tę książkę.
Znalezienie jej u sprzedawcy w Vermont zajęło mi trzy tygodnie, ponieważ profesor Mallory kiedyś wspomniał mimochodem, że od lat szuka nieuszkodzonego egzemplarza. Napisałam do niego liścik. Sama ją zapakowałam. Sirene promieniała, gdy jej podziękował.
„Wiedziałam, że będzie dla ciebie idealna” – powiedziała.
Goście siedzący w pobliżu byli wzruszeni jej troskliwością i zaczęli bić brawo.
Stałam na skraju sali i również klaskałam.
Co jeszcze można było robić?
Nie, to nieprawda.
Było mnóstwo do zrobienia.
Po prostu nie byłem jeszcze na to gotowy.
Nadszedł ten moment wraz z szampanem.
Veila wystąpiła z mikrofonem i podziękowała wszystkim za niezapomniany wieczór. Trio jazzowe ucichło. Kelnerzy w czarnych szatach pojawili się ze wszystkich stron sali balowej z tacami pełnymi kieliszków do szampana. Choreografia była tak płynna, że mogłaby być piękna, gdyby nie to, że wiedziałem, co jest w kieliszku przeznaczonym dla mnie.
Zostałem na miejscu.
Najpierw kieliszki trafiły do mojego stolika, ponieważ siedzieliśmy najbliżej drzwi obsługi. Mój kieliszek, jasnozłoty, unosił się po mojej prawej stronie, z bąbelkami w postaci drobnych, przejrzystych smug.
Potem pojawił się mój ojciec.
Stanął za moim krzesłem z rozluźnioną pozycją gospodarza, który wpada sprawdzić córkę. Jedną ręką dotknął oparcia. Drugą poruszył się w kierunku moich sztućców.
Każdy, kto spojrzałby w tamtą stronę, pomyślałby, że prostuje widelec albo starannie odkłada sztućce na miejsce.
W odbiciu d