Jej głos był bełkotliwy, urywany, jak przeskakująca płyta. Rozejrzała się po pokoju, szeroko otwartymi oczami, nic nie rozumiejąc, aż w końcu ugięły się pod nią kolana. Zapadła w najbliższy fotel, łapiąc powietrze, z szeroko otwartymi źrenicami.
Muzyka ucichła. W pokoju zapadła dusząca cisza.
Kevin zamarł. Przez chwilę patrzył na mnie – nie z troską, lecz zmieszaniem. Potem podreptał do żony.
„Connie? Connie, co się stało?” Jego głos był napięty, wysoki.
Próbowała odpowiedzieć, ale z jej ust wydobył się tylko bełkotliwy, mokry dźwięk.
„Musimy iść” – oznajmił Kevin, podnosząc ją za ramię, niemal ciągnąc. „Musiała coś przegryźć. Alergia pokarmowa. Muszę ją odwieźć do domu”.
Nie wezwał karetki. Nie prosił o pomoc. Po prostu chciał, żeby wyszła.
Impreza natychmiast się skończyła. Goście mruknęli przeprosiny i powłócząc nogami, wyszli za drzwi, zostawiając za sobą na wpół puste szklanki i upiorną ciszę. Stałam w drzwiach, patrząc, jak tylne światła Kevina znikają w ciemności. Wciąż trzymałam widelec.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie, cisza pustego domu uciskała moje bębenki. To nie była reakcja alergiczna. To była dawka. Ciężka dawka.
W moich myślach cofnęłam się, odtwarzając w pamięci ostatnie kilka miesięcy. Kevin pytał konkretnie o moje wizyty u lekarza. „Czy badasz się pod kątem stresu, Susan? Nadciśnienie?” A potem przypomniało mi się, jak siedział przy moim kuchennym stole zeszłej wiosny i rozglądał się po pustym salonie.
„Jeśli kiedykolwiek będziesz zbyt zmęczona, Susan, pomogę ci ogarnąć wszystko. Finanse, papierkowa robota. Nie martw się”.
Wtedy brzmiało to jak miłość. Dziś wieczorem brzmiało jak preludium.
Poszłam do mojego domowego biura. Był to mały pokój, wciąż pachnący świeżą farbą. Uklękłam przy szafce na dokumenty i otworzyłam dolną szufladę. Musiałam zobaczyć dokumenty.
Moje palce musnęły akt własności, polisę ubezpieczeniową, aż natrafiły na cienką, niepozorną teczkę z szarej tektury. Nabazgraną w rogu.